sobota, 1 czerwca 2013

Następnym razem odwinę. Nie jako kobieta, ale jako człowiek, którego traktuje się przedmiotowo.


Jestem kobietą. Jestem kobietą i jedno z najczęstszych pytań, które słyszę, to to o tym, jak kobieta radzi sobie w świecie pisania o technologii, który jest przecież u nas typowo męski, i co uważam o kobietach w tej branży. Nigdy, nigdy nie jestem w stanie na to dobrze odpowiedzieć, bo sprawa jest mocno złożona. Odpowiadam zazwyczaj nieco "na odwal się" i robię swoje. Jednak ostatnio mam wrażenie, że coś całkowicie się pomieszało i pojęcie pomocy kobietom w zaistnieniu w typowo męskich światach przybrało jakieś absurdalne formy. Może to tylko moje zdanie.

Nie jestem seksbombą, nie jestem z tych powalających, pięknych kobiet, o których mówi się “wow”. Ot, zwykła, przeciętna, ani ładna, ani brzydka - same przeciętne. Z tej perspektywy zawsze z lekką zazdrością patrzę na te naprawdę zachwycające urodą kobiety - bo takie czasem maja łatwiej (tak myśli się z mojej perspektywy, one się nie zgodzą), ale z jeszcze większym współczuciem, bo one o wiele częściej spotykają się z przedmiotowym traktowaniem i umniejszaniem zdolności.

To nie jest prosty temat, bo łatwo można źle ocenić sytuację czy trafić na kogoś o skrajnych poglądach. Jednak spróbuję go zgłębić.

Mimo, że nie jestem z tych seksownych, to różni skrzywieni się znajdują i dwa (tak, tylko dwa) razy zdarzyło mi się, że tak kompletnie obca osoba pozwoliła sobie na, cóż, na dotknięcie mnie nie tam, gdzie bym sobie życzyła. W ogóle pozwoliła sobie na taki gest mimo, że nie życzyłam sobie żadnego. Pierwszy raz, gdy miała 18 lat i z koleżanką przeciskałam się w tłumie na koncercie. Zadziałał wtedy odruch, okoliczności - wszyscy dookoła kompletnie obcy - i pewnie młodzieńcza odwaga. Odwróciłam się i po prostu odwinęłam w policzek, z tak zwanego liścia. Już po fakcie, w ułamku sekundy zanim odeszłam, zauważyłam, że bezczelny osobnik stoi z przytulona do niego kobietą, pewnie żoną lub dziewczyną, i że prawdopoobnie spokojnie mógłby być moim ojcem.

Był to pierwszy i na razie jedyny raz, gdy kogoś uderzyłam, więc zapadło mi to w pamięć. Satysfakcja z całkowicie prawidłowej reakcji trochę przysłoniła to dziwne uczucie, wtedy nie mogłam go dobrze zidentfikować. Dzisiaj wiem, że był to niesmak i upokorzenie. Wiem, bo gdy stało się to drugi raz, uczucia te przywaliły mi z całą siłą. Z mojej winy.

Za drugim razem, który zdarzył się nie dawno, powtrzymałam swój odruch. Bo dookoła stało mnóstwo ludzi z tak zwanej “branży”, w większości nieźle upojonych już alkoholem, bo przez głowę przemknęła mi samozachowawcza myśl, że jak przywalę tej zalkoholizowanej, ale ważnej i znanej osobie, o które zdarzyło mi się kiedys nawet wspominać w tekstach, to rozpęta się burza.

10 osób zrobi zdjęcie, ktoś zaraz wrzuci do sieci, a ja przecież jestem wystarczająco nielubiana, by obróciło się to przeciw mnie. Nie dość, że co drugi dzień dostaję komentarze w klimacie “ty kurwo wracaj do kuchni” i jestem trochę dziwadłem w tym całym męskim światku, to jeszcze pewnie nie będę miała jak się teraz obronić. Co powiem, że takie macanie jest upokarzające? A potem będę musiała użerać się z dziesiątkami komentarzy mówiących, że to przecież rzecz stara, jak świat, i Lalik dramatyzuje.

Przecież to męski świat. Mężczyzna nie załapie zwykle, że nawet tak mała ingerencja w intymną sferę, w tę prywatność zarezerwowaną tylko dla własnego faceta, jest uprzedmiatawiająca.

To jak pokazanie “tu jest twoje miejsce! Fajnie że się starasz, ale i tak jesteś obiektem do macania”. Upokorzenie idzie w parze ze wstydem i masą wątpliwości - a może faktycznie moje miejsce nie jest tutaj? Co  tego, że kocham robić to co robię, i tak mi nie wyjdzie i zawsze będę gorsza”.

Żałuję teraz, że nie odwinęłam, tak jak za pierwszym razem. Żałuję, bo gdybym odwinęła, to wiedziałabym, że zareagowałam prawidłowo. Zamiast tego dałam wygrać wszystkim, którzy uważają, że kobieta z zasady jest gorsza, że jej miejsce jest w kuchni i przy dzieciach. Wygrał strach przed walką o swoje, przed hejterami i może nawet utratą pracy. Dałam wpuścić do mojej głowy myśl, że nie zasługuję i muszę potulnie brać, co dają.

Swoje żniwo zebrały wszystkie denne komentarze i tworzony w branży - niesłuszny moim zdaniem - wizerunek kobiety jako tej, której się udało MIMO że jest kobietą.

Przykład? Tekst mojego szefa o tytule “Cudów w Yahoo Marissa Mayer nie czyni, ale… ładnie wygląda”. Dlaczego Przemek nie napisze tekstu z akcentowane wyglądu mężczyzny? Bo to świat mężczyzn, w którym kobieta jest z założenia obiektem seksualnym, a mężczyzna codziennością, osobą na właściwym miejscu.

Po tym mogłabym wymienić dziesiątki tekstów z cyklu “kobieta-programista /deweloper /startupowiec /wpisz jakikolwiek inny typowo branżowy zawód” z wymienieniem dokonań - niekoniecznie imponujących, ale przedstawianych jako wspaniałe, bo to przecież kobieta! Mimo tego, że jest kobietą, potrafi! Pogłaszczmy po głowie, pozachwycajmy się, a potem wróćmy do codzienności, utwierdzając w sobie przekonanie, że te kobiety zasługują na specjalne traktowanie i są ogólnie słabsze, niż mężczyźni.

Każdy taki tekst, każde spotkanie Geek Girls Carrot, które może jest świetnym wydarzeniem, ale przedstawia kobiety jako te nieporadne, które nie potrafią znaleźć się w świecie przepełnionym mężczyznami i muszą wspierać się nawzajem, bo przecież inaczej zostaną zjedzone, umacnia te niewidoczne na pierwszy rzut oka, ale głębokie przekonanie. Że kobiecie należą się fory i że z założenia są wiotkie, narażone na całą brutalność branży, branżuni.

Każdy filmik z recenzją telefonu, w której celowo wyeksponowane są silikonowe piersi, każdy tekst o fenomenie kobiet w technologiach, o tym że wcale nie są gorsze, wszystko to działa na moją niekorzyść.

Powinnam wtedy na bezczelną zaczepkę pijanej świni odpowiedzieć uderzeniem w twarz tejże. Jestem kobietą, nie uważam się ani za lepszą, ani za gorszą, a do tego, gdzie jestem doszłam nie mimo tego ani dzięki temu, że jestem kobietą. Po prostu doszłam. Może nie jest tego dużo, może nie jestem ważną osobistością, ale jestem dumna z tego, gdzie jestem, jak radzę sobie na co dzień. Nie mimo ani dzięki temu, że jestem kobietą.

Wszystkie komentarze z cyklu “szmaty do kuchni, tam wasze miejsce, a nie pisać o tech”, każdy durnowaty tekst podkreślający dzielność kobiet w świecie technologii, wszystkie te negatywy, łącznie z ostatnim wydarzeniem - wszystko to czyni mnie silniejszą.

Następnym razem odwinę. Nie jako kobieta, ale jako człowiek, którego traktuje się przedmiotowo.