sobota, 15 stycznia 2011

AppleŚwiat

Moje życie już dawno przeminęło. Wszystko, na czym opierał się Dawny Świat odeszło. Nie ma tu już miejsca dla mnie - starej, nieapplowej maruderki.

Szukali mnie. Podobno applicja dowiedziała się, że ukrywam się w tej piwnicy. Byli tu, ale akurat wyszłam szukać jedzenia, i tak nie wyszło. Na razie grzecznie, pewnie wparowali, nie zobaczyli prawie nic (bo też i nic nie mam, wszystko już dawno ukradli Rewolucjoniści) i wyszli. Ale wrócą. Zawsze wracają. Nie mam już siły znów uciekać.

Przyszedł moment poddania się. Nie mam już szans. Od kiedy uznano mnie za renegatkę lat temu nie miałm chwili spokoju. Cały czas w ukryciu, cały czas uciekając. Brak już sił. Jestem już stara. Za stara na takie zabawy.

Czasem myślę, że zrobiłam źle. Że trzeba było pójść za tłumem kiedy był na to czas. A nawet już potem, po Jabłkowej Rewolucji przyjąć jako swoje Zasady Wielkiego Jobsa i udawać. Jak inni. Ale nie, moje cholerne ideały na to nie pozwoliły. Zachciało mi się wolności wyboru. To i mam.

Kiedy zaczęła się wojna nie wiedziałam, po której stronie stanąć. Z jednej - znienawidzone Apple które wchodziło już z butami w każdą dziedzinę życia (kiedy pojawiło się iFridge pomyślałam "dość!) i coraz bardziej ciągnęło za sobą masy idiotów (w końcu wszystko z przedrostkiem "i" było "idiotproof", okazało się, że to strzał w dziesiątkę i na świecie żyją prawie sami idioci). Z drugiej strony Google. Google, które miało w ręku potężne narzędzia, było w każdym prawie domu. Tylko, że co z tego, skoro tę korporację zaczęły zjadać od wewnątrz biurokrtyczne procedury i co chwila z różnych ramion firmy wychodziły sprzeczne decyzje. Bezsensowne. Stnęłam wtedy po środku i nie wiedziałm, którą stronę obrać.

Przegapiłam najważniejszy moment. Gdy okazało się, że w dostępnych już na całym świecie sklepach Apple Apple Store Geniusze nie tylko sprzedawali produkty, ale i odbywali potajemne bojowe szkolenia ja byłam bez obranej strony. Błąd. Gdybym wybrała mniejsze zło i przyznała się Applicji do popierania Google trafiłabym na kilka miesięcy do Jednostki Resocjalizcyjnej Apple. Przeszłabym pranie mózgu, dostała iEquipment i mogłabym żyć w błogiej nieświadomości. A ja po prostu uciekłam. Schowałam się w dziczy z nadzieją, że przeczekam burzę i potem będę mogła powrócić do swojego życia.

Nie przewidziałam, że nic już nie będzie po staremu. Nie doceniłam przejęcia Microsoftu przez Apple. A to był znak. Znak, że Steve Jobs szykuje się do wojny z Google. Apple przecież zyskało razem z Microsoftem wyszukiwarkę i resztę chmurowych usług stając się w tym samym niezależne od Google.

A potem uciekałam. Lata tułania się bo pustkowiach, żebrania o jedzenie (wszyscy boją się pomagać renegatom, grozi to wykluczeniem ze społeczności Wielkiego Jabłka, a nieoficjalnie mówi się nawet że zesłaniem do Miejsca, Gdzie Nie Ma Internetu i Synchronizacji) i ukrywnia się w obskurnych piwnicach zrobiły swoje. Reumtyzm nie pozwala mi już poruszać się tak szybko, jak kiedyś. Nie mogę już uciekać przed Applicją jak dawniej. W końcu złapią mnie i... I nie wiem, co dalej. Pewnie nawet nie zesłanie, a od razu egzekucja.

Dziś słyszłam plotkę, że Wielki Jobs leży na łożu śmierci. Ale to nic. Podobno udało się w końcu sklonować odpowiednie ciało, do którego będzie można przesynchronizować całą świadomość Wielkiego Steve'a gdy nadejdzie czas. Nic nie zginie. Świat Apple dalej będzie miał swojego przywódcę.

Nadszedł czas.

Słyszę ich. Słuch mam dalej dobry. Kilka osób, ciężkie buty, to na pewno Applicja. Niech robią ze mną, co chcą. Mam dość.

Wyłamują drzwi. Na czarnych kombinezonach bojowych mają śnieżnobiałe, nadgryzoione jabłko. Znak śmierci. Są młodzi, przystojni, dobrze zbudowani a z ich oczy są jak lód. Ludzkie cyborgi. Zero uczuć.

Siedzę dalej w kącie. Dwóch obstawia drzwi, trzeci podchodzi do mnie i widząc zrezygnownie w mym wzroku wyciąga białą, małą strzykawkę. Nadstawiam automatycznie szyję, nie chcę, żeby mnie dotykał. Przed samym ukłuciem słyszę jeszcze "W imieniu Światowej Korporcji Apple i z mocy nadanej mi przez samego Wielkiego Jobsa...".