poniedziałek, 8 czerwca 2015

Penis jako narzędzie do bezpośredniej komunikacji z kobietą

Polska, rok 2015. Niemal 50 lat po rewolucji seksualnej w krajach zachodnich, społeczeństwo informacyjne, globalizacja, pornografia w zasięgu kciuka. Na jednym z czołowych blogów technologicznych w Polsce pojawia się informacja o powstaniu niemal całkiem polskiego pierścienia na penisa z wibratorem oraz czujnikami. 

Pierścień mierzy i bada aktywność, sprawia przyjemność i ma analizować dane by dawać parom rady jak ulepszyć zbliżenia.
Autor twierdzi, że ma dużo zrozumienia dla gadżetów erotycznych, jednocześnie przyznaje, że jest lekko zszokowany.

"Co mamy teraz? Ano wearable zakładane na to, co służy nam do bardzo bezpośredniej i celowej komunikacji z kobietami. Tak właśnie. Dobrze myślisz, Drogi Czytelniku."

Autor przyznaje, że najlepiej komunikować mu się z kobietami za pomocą penisa. Penis - to nie jest straszne słowo, ale dorosły autor trochę się go boi. Mimo, że uważa, iż to penisem właśnie a nie innymi sposobami komunikuje się bezpośrednio z kobietami.

Autor pyta po co taki gadżet, po czym stwierdza, że gadżetów z podobnymi funkcjami jest sporo. Google mówi, że nie ma wcale. Moje zainteresowanie tematem które skutkuje obserwowaniem nowości na rynku gadżetów erotycznych mówi, że nie ma. Autor, który boi się słowa "penis" wie jednak lepiej.

"Lovely, bo tak nazywa się gadżet jest zakładany tam, gdzie trzeba go założyć i rozmawia z naszym smartfonem. O czym? Ano o tym, w jaki sposób jesteśmy podobni m. in. do Berlusconiego, czy też Janusza Korwina-Mikkego."

Autor myśląc o seksie i stosunku myśli o tym, jak porównać się z Berlusconim czy Krulem. Innego wytłumaczenia dla tego fragmentu nie ma, bo twórcy Lovely nigdzie nie stwierdzili, że gadżet pozwoli na porównywanie danych z innymi użytkownikami, tym bardziej z politykami.

Autor boi się też określenia "stosunek" czy "seks" - notorycznie, oprócz nadużywania "ano", określa stosunek "robotą" albo "ćwiczeniami". Zaczynam zastanawiać się, czy autor przeszedł już proces dojrzewania. Autor dalej nie potrafi ogarnąć umysłem celowości powstania takiego gadżetu, choć wypisuje funkcje, co jasno wskazuje na jego celowość.

Podejrzewam, że edukacja seksualna autora sprowadzała się do katecheki uczącej kalendarzyka na WDŻ-cie i grożącej piekłem za seks przedmałżeński czy masturbację.

Autor stwierdza, że przez chwilę będzie poważny,  co wskazuje że wcześniej nie był.

"Nie mogłem powstrzymać śmiechu, gdy czytałem o tym urządzeniu na IndieGoGo. Takie wearable są potrzebne? To zależy od tego, czego ludzie potrzebują, prawda? Na moje oko jest to kolejna nieco głupia akcja crowdfundingowa, która zostanie poniesiona tym, że skoro jest dziwna, to napiszą o niej media, a producenci zgarną pieniądze. Serio trzeba aż tak mierzyć aktywność seksualną? Tego potrzebują konsumenci? Raczej nie. Stąd też „Lovely” umieszczamy w kategorii „śmiesznych i nie do końca potrzebnych” gadżetów."

Autor obok lekkiego szoku dostał także napadu śmiechu. Dziwne reakcje. Stwierdza, że całość to skok na pieniądze, a sama akcja jest głupia. I że konsumenci nie potrzebują takiego gadżetu.

Autorowi całkiem obcy jest świat satysfakcji z pożycia seksualnego, chęci dbania o nie i ulepszania, wzajemnej przyjemności i ciekawości. Nie dziwi mnie to, bo z takim strachem przed słowami opisującymi część ciała którą sam posiada czy zbliżenie intymne, w którym sam został poczęty nie powinien nawet zabierać się o dbanie o życie seksualne.

Jeśli jednak komuś penis służy do komunikacji z kobietą, to może nie powinien pisać o gadżetach erotycznych tylko iść na jakiś kurs edukacji seksualnej.

I nie. Nie bronię Lovely, chociaż napisałam o nim tekst który pójdzie może jutro. Mam jednak dosyć pisania o seksie w głupkowaty, szczeniacki sposób. Bo ta pisanina jest o wiele bardziej głupkowata niż akcja na IndieGoGo.

PENIS