Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Archive

Większość z nas ma pewnie utwory, albumy czy wykonawców ważniejszych od innych, bo obecnych wtedy, gdy kształtował się nam gust, przeżywaliśmy ważne momenty młodości i szukaliśmy siebie. Dla mnie to Archive.

"You All Look The Same To Me" pożyczył mi przyjaciel, intensywny przyjaciel, ten, który definiuje często część okresu dorastania. Ile miałam lat? Może 14, maksymalnie 15 i wcześniej nie znałam muzyki. Nagle poznałam - muzykę, która porusza tak, że łzy ciekną po policzkach, że zamyka się oczy i nie chce się, by moment się kończył. YALTSTM pomogło zdefiniować mój gust muzyczny, a Archive zostało i zakorzeniło się w mojej rzeczywistości.

To przy Archive przeżyłam swoje pierwsze uniesienie seksu oralnego, to przy Archive odreagowywałam po pierwszym razie, to Archive towarzyszyło podczas rozstań i kryzysów, to Archive przez lata pojawiało się w tle, było, zawsze wracałam.

Archive maluje mi zawsze obrazy, przywołuje zapachy, uczucia i emocje. Lata mijają, miną kolejne, a ja wiem, że za naście i tak wrócę do Archive. Bo dla mnie nie zestarzeje się nigdy, będzie tą słynną pieśnią młodości.

Wczoraj zobaczyłam Archive pierwszy raz na żywo. Przez lata próbowałam, ale wychodziło jak wychodziło. Wczoraj przeżyłam pierwszy raz i nie wiem, czy zagrali dobry czy bardzo dobry koncert, bo to się nie liczyło. Przeżyłam ponad dwie godziny ekstazy i palety olbrzymich emocji.

Pomyślałam, że przecież nie tylko ja przeżywam takie rzeczy, nie tylko dla mnie poszczególne dźwięki utworów naładowane są osobistymi i intymnymi przeżyciami i emocjami. Kwestia, jakie to dźwięki i jakie historie do nich dopisaliście?


środa, 18 kwietnia 2012

A dobrze dzisiaj zrobił mi ten album

A dobrze dzisiaj zrobił mi ten album: Jack Johnson & Friends: Best Of Kokua Festival. Jack Johnson z gośćmi, bardzo zacnymi - Ben Harper, Eddie Vedder, Dave Matthews, Tim Reynolds, Ziggy i Damian Marley i kilku innych... Mało materiału Johnsona, dużo coverów, dużo prostoty i nawet folku.

Zdecydowanie zrobił mi dobrze. Mam wrażenie, że przybywające lata pozytywnie wpływają na Johnsona, tak jak i występy na żywo na specyficznych festiwalach. Więcej gitar, folku, liryki. Lubię to.

A, będę wrzucać linki do Deezera, jak się da. Kto ma, to szczęściarz, kto nie, ma pecha.

wtorek, 21 lutego 2012

Darmowy, ładny w swej prostocie album The Donnie's and the Amy's zdecydowanie wart przesłuchania

Lubię prostotę w muzyce, chociaż stacje radiowe, internety i telewizornie chcą mi wmówić, że lubię i potrzebuję umcy-umcy.

Lubię też darmowe rzeczy, a taki jest właśnie album The Donnie's and the Amy's. 11 i pół prostych, niewymyślnych i niezbyt hitowych kawałków z bardzo miłym wokalem. Może nagrania nie powalają, ale perełki takie jak "I Told a Lie", "Just a Test" czy otwierający "Box + Clover" zdecydowanie warte są przesłuchania.

Poza tym kolejny raz odkryłam coś naprawdę ciekawego dzięki "Grey's Anatomy", serialowi, który muzycznie od samego początku stoi na wysokim poziomie. "Box + Clover" został użyty w jednym z ostatnich odcinków.
Po prostu polecam przesłuchać 2-3 razy. Warto.



niedziela, 1 stycznia 2012

2011 muzycznie, oczywiście subiektywnie jak tylko się da

Krótko i tylko to, co według mnie najważniejsze, z dosyć sporym pominięciem, no ale nie da się wszystkiego. Mam jedną, mocno subiektywną konkluzję - "nowa fala rocka" zdechła już dawno, jedynie Kaiser Chiefs jako tako trzyma poziom. "Starzy wyjadacze" nie emocjonują, a dzięki internetowi mamy dostęp do pierdyliarda nowości i odkrywamy, że często wielu nieznanych nam wykonawców robi ciekawsze i lepsze rzeczy, niż te gwiazdy. No i jeszcze to, że starzeję się. Gust muzyczny jest tego idealnym odbiciem

Keep your mind open!


Zdecydowanie tak!:

Low - C'mon




Beirut - The Rip Tide




Noah and the Whale - Last Night on Earth



Bon Iver - Bon Iver





Elbow - build a rocket boys!



Feist - Metals




Dobrze:

The Kills - Blood Pressures



Iron and Wine - Kiss Each Other Clean



Red Hot Chili Peppers - I'm With You



The Dø - Both Ways Open Jaws




Kaiser Chiefs - The Future is Medival



Pete and the Pirates - One Thousand Pictures


Cake - Showroom of Compassion







Rozczarowanie:


Arctic Monkeys - Suck It and See


TV on the Radio - Nine Types of Light


Coldplay - Mylo Xyloto


The Strokes - Angels

niedziela, 4 grudnia 2011

Graficzne przedstawienie poziomu albumów The Editors w oczekiwaniu na nowy materiał.

Nie chce mi się pisać, wszystko jasne. The Editors złamali klątwę drugiego albumu po świetnym pierwszym, za to polegli na trzecim. Z ciekawością czekam na czwarty.








środa, 16 listopada 2011

No proszę, ktoś w końcu scoverował dobrze Bon Ivera, i to kto

Ten rok jest tak dziwny, że szczerze mówiąc nie mam za bardzo czasu na odkrywanie wielu nowości muzycznych i ze wstydem przyznaję, że umyka mi bardzo, bardzo dużo. Jednak dzięki mediom społecznościowym i całkiem sensownemu przepływowi informacji udaje mi się wyłapać gdzieś rzeczy, które przemknęły niezauważenie. 

Kto mnie zna wie też, że nie przepadam za śpiewającymi kobietami. W ogóle za kobietami, ale za tymi śpiewającymi i dodatkowo lirycznymi do bólu tym bardziej. Najczęściej są nie do odróżnienia, wszystkie przesłodkie, wszystkie zdolne, rozmemłane, cierpiące i w ogóle nudy (nie biorę pod uwagę Lady Gag czy innych Rihann, bo to nie moja bajka). Pewnie też dlatego nie zwróciłam uwagi na Birdy - i szczerze to nawet nie wiem, kto to do cholery jest.

Ale się dowiem. Ktoś, kto coveruje Bon Ivera, tego genialnego Bon Ivera, i to coveruje w taki sposób zasługuje na uwagę.

Bon Iver jest bardzo subtelny i intymny. Peterowi Gabrielowi nie udało się zaaranżować utworu Bon Ivera dobrze (zaryzykuję, że Gabriel poległ na nim). Tym bardziej dziwi, gdy jakaś młoda (przynajmniej tak wygląda) dziewczyna zrobi to dobrze, na dodatek odzierając "Skinny Love" z folkowości i delikatności na rzecz pianina i dosyć mocnego głosu. 

Na dobry cover Bon Ivera czekałam od dwóch lat. W końcu znalazłam.

Wgłębię się w to, kim jest owa Birdy, ale mam przeczucie, że nie znajdę więcej tak ciekawych rzeczy - doświadczenie uczy, że takie wykonawczynie są bardzo nierówne. Mimo wszystko "Skinny Love" w jej wykonaniu jak najbardziej warte uwagi pod warunkiem, że zna się oryginał.

niedziela, 23 października 2011

Trzy płyty


"Metals" Feist to spore zaskoczenie. O ile od dawna wiadomo, że to świetna kompozytorka, o tyle z wykonaniami i aranżacjami bywa u niej gorzej. Tym razem Feist mocniej równa poziom. Nie jest przełomowo czy zachwycająco, ale jest za to spójnie i przyjemnie.
"Metals" to całkiem ciekawa od pierwszego momentu całość, w której dosyć rozbuchane aranże (nie ma tu następcy The Park) tworzą ciekawe kompozycje z barwą głosu Feist. Nie będzie hitu na miarę "I Feel It All", i dobrze. Zdecydowanie brawniej i dojrzalej niż na "The Reminder". I w końcu z wykorzystaniem potencjału bardzo dobrych muzycznie kompozycji.

Coldplay ssie. Coldplay zaczął ssać już przy "Viva La Vida Or Death And All His Friends", ale tam przynajmniej jeszcze znośnie i momentami bardzo ciekawie. Na "Mylo Xyloto" Coldplay ssie tak, że finalnie nie wiadomo, dla kogo przeznaczony jest ten album. Nie będzie już komentarzy typu "Coldplay to genialny przykład, że w mainstreamie można robić świetną muzykę". Za mainstream a'la "Mylo Xyloto" dziękujemy.
Jest przesłodko, przewidywalnie, pompatycznie a na dodatek całość nie trzyma się przysłowiowej kupy. Na festiwale pełne nastolatek materiał jak znalazł. I nigdzie więcej. Wielkie rozczarowanie, któremu ze względu na stare czasy wypada dać i drugą i trzecią szansę. Czwartej już się odechciewa, bo można zacząć wymiotować tęczą.

"The Rip Tide" Beirutu to za to album, który z przesłuchania na przesłuchanie nabiera więcej smaczków i uroku. I chociaż pierwsze wrażenie pokazuje, że do "Gulag Orkestar" i "The Flying Club Cup" utalentowany Zach Condon i spółka oddala się coraz bardziej, ale to nie oznacza wcale, że jest gorzej. "The Rip Tide" jest po prostu przystępniejszy, może przez lżejsze niż dotychczas bałkańskie zabarwienie.
Mimo wszystko trzyma wysoki poziom, plus wypełniony jest miłymi niespodziankami i zgrabnymi kompozycjami. Jest też intymniej niż zazwyczaj, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Jednocześnie jest lżej. Ładnie to łączy się z delikatnym, specyficznym głosem Condona. Zdecydowanie album "na dłużej", choć za krótki, bo tylko 9 utworów. Chciałoby się więcej, no ale cóż - lepsze 9 dobrych kawałków niż 14 nyancatowych (patrz: "Mylo Xyloto").
Beirut jeszcze się nie kończy. Na szczęście! Nie ma chyba drugiej tak przystępnej masom formacji pseudofolkowej.




niedziela, 24 lipca 2011

Amy Winehouse - głos mojego dorastania


Nie mogę powstrzymać się, by nie napisać chociaż kilku słów o Amy Winehouse, chociaż napisano o niej praktycznie już wszystko na wszystkie możliwe sposoby.
Pisałam już o Amy i o tym, że “Back to Black DE” jest jednym z albumów, do których wracam. I to prawda, choć teraz dziwnie do niego wracać wiedząc, że nadzieje na to, iż Amy kiedykolwiek jeszcze się podniesie odpłynęły.
Spotkałam się z twierdzeniem, że “a co ona tam, kolejna wokalistka, jedna z wielu”. Nie mam pojęcia dlaczego, jednak Amy miała moc. Ciężko zrozumieć to pokoleniu co najmniej 10 lat starszemu ode mnie, jednak ja pochodzę z czasów, gdy Amy miała wpływ.
Nie pamiętam, jak dokładnie usłyszałam ją pierwszy raz, ale za to dobrze pamiętam że już niedługo towarzyszyła mi praktycznie na każdym kroku. I nie plotki, a muzyka.
Mojemu pokoleniu brakowało rockmenów i wypalonych gwiazd tworzących po prostu dobrą muzykę. W czasach, gdy hiphopolo, umcyumcy i tym podobne bzdury królowały (i dalej królują) Amy była czymś innym. Z wibe’em, charyzmą, genialnym głosem i melodyjnością. Z drugim dnem zawsze towarzyszącym gdzieś w tle. Symbol zagubienia w porąbanych czasach, królowa upadku.
To postać. Postać z genialną muzyką. Dziś coraz mniej jest osobości, które potrafią porwać tłumy, które nie są w pełni wykreowane przez wytwórnie i działy pijaru. Amy była jedną z nich.
I gówno mnie obchodzi, w jaki sposób to się stało, że sama prosiła się o śmierć. Wszyscy się o nią prosimy w ten czy inny sposób. A cały hype, który właśnie wybucha zignoruję. Amy była głosem mojego pokolenia. Moich nastoletnich czasów.

niedziela, 24 kwietnia 2011

O kilku albumach słów kilka.

The Strokes - "Angels".
The Strokes jakie jest każdy wie. Jeśli nie wie, to "Angels" nie przypadnie mu do gustu. O dreszcze nie przyprawi, okrzyków zachwytu również nie spowoduje.
Od "First Impressions of Earth" minęło 5 lat. Od debiutanckiego "Is This It" równo dziesięć.

Dekada od dla mnie kultowego kawałka "New York City Cops". Dekada, podczas której fascynacja "nową falą rocka" przeminęła, nastroje ostygły a ówcześni fascynaci dorośli (prawdopodobnie). W międzyczasie The White Stripes przestało istnieć, Franz Ferdinand znalazł kompletnie nowe inspiracje, Pete Doherty prawie zniknął a siła napędowa The Strokes Julian Casablancas popełnił solowy album i uczestniczył w co najmniej kilku pobocznych projektach.

Wydawało się, że dla The Strokes ta era nie jest jeszcze zamknięta. I kto tak myślał miał rację. Zamyka ją "Angels". Zamyka w dobrym, starym, strokesowym stylu. Zarówno tym z początków, jak i tym z "First Impressions of Earth". Bez fajerwerków. Za to dobrze, z mocno wyczuwalnymi inspiracjami (kto się jednak skusi powinien z łatwością je wyczuć). Słychać, że panowie bacznie śledzili to co dzieje się w muzyce.
Całości słucha się przyjemnie, ale nie tak, jak kiedyś. Czasy ekscytacji przeminęły i formacja również zdaje sobie z tego sprawę. Bardzo dobrze.

"Angels" The Strokes pokazują, że można zakończyć pewien burzliwy okres z klasą. Nie rozpadając się, nie wywołując afer. Muzyczna klasa.
I tylko zdziwiłabym się, gdyby Strokesi wydali kolejny album w starym klimacie. Dla nich teraz nadszedł czas poszukiwania nowych inspiracji albo rozejścia się. Czas pokaże.


Iron & Wine - "Kiss Each Other Clean"
Sam Beam to człowiek-orkiestra. Odkryty przez SubPop 9 lat temu, od tamtego czasu ma na koncie 4 pełne albumy i wiele pobocznych projektów (EPka z Calexico jes moim ulubionym). Człowiek, który robi to, co powinien robić.

"Kiss Each Other Clean" jest chyba najprzystępniejszą jego płytą. Dobra jako tło z klasą do innych czynności, ale po bliższym przesłuchaniu okazuje się, że także bardzo inteligentna. Muzycznie, tekstowo - Sam Beam ma coś do powiedzenia i stworzenia i robi to bardzo dobrze.
"Kiss Each Other Clean" nie jest albumem, który można znienawidzić. Jeśli nie zachwyci to stanie się obojętny. Warto? Warto. Inteligentnej, dobrej muzyki nigdy dosyć.


The Kills - "Blood Pressures".
Na ten album czekałam z niecierpliwością. The Kills to duet, który nie wysuwając się na pierwszy plan potrafi zafascynować. "Blood Pressures" nie rozczarowuje, wręcz przeciwnie. Chemia pomiędzy Alison Mosshart a Jamie'm Hince dalej działa i nadaje The Kills bardzo ciekawy kierunek.

"Blood Pressures" jest drapieżne. Bezkompromisowe - mocne, zdecydowane kompozycje. Album jest bardzo mroczny a jednocześnie intymny. To to, czym The Kills przekonało i przyciągneło do siebie - intymność i szczerość. Dodatkowo każdy utwór jest melodyjny niesamowicie melodyjny i do rozpoznania po pierwszym przesłuchaniu.

Nie da się też oprzeć wrażeniu, że Alison Mosshart wyniosła bardzo wiele ze współpracy z Jackiem White w "The Dead Weather". Czuć większy pazur.
"Blood Pressures" to pozycja obowiązkowa. Magii tego duetu trzeba posmakować osobiście i pokochać lub znienawidzić.


Low - "C'mon"
Mój zdecydowany faworyt. Przyznaję ze skruchą, że nie znałam Low. Mimo tego, że istnieją prawie 20 lat - nie zdawałam sobie z tego sprawy. Teraz czeka mnie (zapewne przyjemne) odkrywanie całego dorobku wstecz.

"C'mon" jest mnimalistyczne, wolne, proste i bezpretensjonalne. To takie "Illinois" Sufjana Stevensa" ale doroślejsze i nie tak piskliwe. To prosta w muzyce i tekstach - coś ponadczasowego.

Zakochałam się. Bardzo mocno, na tyle, że nie potrafię o Low pisać rozsądnie. Ot co.


Noah and the Whale - "Last Day on Earth"
No dobra. Na nowe Noah and the Whale czekałam bardziej niż na The Kills. Nawet bardziej, niż na TV on the Radio. O poprzednim albumie NatW pisałam tutaj.
Jak można było się spodziewać po folkowym pierwszym a lirycznym drugim albumie przyszła kolej na coś całkowicie innego. Myślałam, że nie ma już konwencji, w której ten dosyć ograniczony i charakterystyczny wokal się sprawdzi, a jednak!

"Last Day on Earth" jest popowe. Do bólu popowe, pobrzmiewa latami osiemdziesiątymi i nawet czasem zalatuje lekką tandetą.
Jest też do bólu banalne i proste. Poprzednie albumy też były proste, w tym zawsze tkwiła siła Noah and the Whale, ale najnowsza płyta przebija wszystko zwłaszcza pod względem muzycznym. I dobrze.

Nie ma tu gównolotnych tekstów. Nie ma wirtuozerii, nie ma nic dla oczekujących nowości. Kompletnie nic. Jest za to mnóstwo dobrych, melodyjnych kawałków z banalnymi wręcz tekstami. I co najlepsze - to się sprawdza!
Po raz kolejny okazuje się, ze muzyka Noah and the Whale jest pełna pozytywnej energii i przekazu. Na tle dołujących, coraz bardziej wymyślnych kapel i zespołów wypada to bardzo kontrastowo. Megapozytywnie, wiosennie i z nadzieją.

"Last Day On Earth" to album, który prawdopodobnie będzie mi towarzyszył przez długi czas, zwłaszcza w gorszych momentach. To album, którego się nie spodziewałam i tym bardziej mnie zachwycił. Geniusz prostoty. W tym tkwi siła.




W ramach wiosennych pozytywów staram się pisać tylko o tym, co warte polecenia lub chociaż zwrócenia uwagi, o tym co złe nie chciałam wspominać. Jednak muszę, nie wytrzymam. "Nine Types of Light" TV on the Radio rozczarowuje. Na całej linii. Czego można było się spodziewać - po "Dear Science", niemal arcydziele, kolejny musiał być i jest rozczarowaniem. "Nine Types of Light" nie trzyma się całości, nie przyciąga i nie ma w nim tej wielowartstwowości i spójności. Szkoda. Ogromne rozczarowanie. Tym bardziej, że "Maximum Baloon" Dave'a Sitka z 2010 roku pokazał, że można... Szkoda.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Śmietnik książkowo-serialowo-filmowo-muzyczny. Another shit, czyli inspiracje (?)

W ramach odpoczynku od pisania i myślenia postanowiłam... trochę popisać. Ale już tak całkowicie luźno i bez składu. Trochę o książkach, filmach i serialach i może muzyce. Czyli ogólnie rzecz biorąc nic ciekawego.

Ok, książki. Kocham książki. Nie, nie te zerojedynkowe, tylko te pachnące papierem, tradycyjne wersje z reala. Maniakalnie. Jak już coś kocha, to na całego.

Łukasz Orbitowski. "Święty Wrocław". Szczerze mówiąc autora kojarzyłam jedynie z niezbyt udanego (a wręcz nudnego) "Psa i Klechy". Ale jak to z głodem książkowym bywa gdy wpadł mi w łapy "Święty Wrocław" nie odpuściłam (koło żadnej książki nie przejdę obojętnie, o nie!). Okazało się, że warto. To kolejna udana pozycja w jakże ciekawej polskiej nowej fantastyce. Musimy wyjaśnić sobie jedną rzecz - nie przepadam za fantasy, smokami, mieczami i magią średniowiecza. Zdarza mi się czytać takie pozycje, ale odkąd powstała Fabryka Słów (już 10 lat, najlepszego!) i kupiłam "Księgę Jesiennych Demonów" Grzędowicza zakochałam się we współczesnych, podszytych niesamowitością powieściach. Najlepsze, że w dobrych pozycjach ta niesamowitość wcale nie jest niesamowita i tworzy całkiem realny, ostro zarysowany świat, w którym po prostu coś się zdarzyło.

Tak też jest ze "Świętym Wrocławiem". Książka może nie zachwyca szczególniei, ale jest dobrą i wyraźną historią pełną lokalnego kolorytu i osadzoną mocno w nowoczesnym świecie. Plus oczywiście dziwne zjawisko. Warto przeczytać.

Nie mogłam się oprzeć skojarzeniu z "Fioletem" Magdaleny Kozak (chociaż "Fiolet" to przecież jeszcze świeża pozycja, a "Święty Wrocław" z 2009 roku). Może przez podobieństwo niewyjaśnionego zjawiska - w prawdziwym świecie wydarza się coś dziwnego i niewytłumaczalnego, a fabuła opowiada o tym, co dzieje się wokół. Podoba mi się. Z racji odkrycia, iż Orbitowski nudnym pisarzem nie jest postanowiłam pogrzebać dalej i teraz szykuję się na "Tracę Ciepło". Mam nadzieję, że dorwę.

Ok, chwila dla innego maniactwa, seriali. Niedawno odkryłam "Spartacusy", obydwa. Taka epicka, pełna fucków, krwi i seksu opowieść o Gladiatorach i intrygach. Również godne polecenia - po pierwszym szoku wywołanym konwencją okazuje się, że wciąga i bardzo łatwo przyzwyczaić się do przerysowanych efektów walki i współczesnych tekstów postaci. Zdecydowanie wyróżniające się klimaty na tle tych wszystkich nudnych seriali o lekarzach, kryminologach itp.

Poza tym mam swojego ulubieńca-debiatanta. "Shameless", wersja amerykańska. Przykro mi, do brytyjskiej nie dotarłam i biorąc pod uwagę moją średnią chęć dotarcia(nie przepadam za brytyjskim humorem, brytyjskimi serialami, dramatycznymi również) pewnie to się nie zdarzy.

Ale "Shameless" z USA daje radę. Dysfunkcyjna rodzina, tatuś alkoholik i popieprzeni sąsiedzi. I nie, nie jest smutno. Nie cały czas. Tak sobie myślę, że niektórzy mogą zazdrościć rodzonce z serialu - bo mimo porąbanego życia kochają się i tyle. Serial jest ciekawy i również wnosi trochę świeżości - dziwne historie podszyte może czasem wisielczym humorem ładnie komponują się w całość. I wbrew pozorom nie jest pretensjonalnie, jakby wskazywała na to tematyka. Zdecydowanie jeden z ciekawszych tegorocznych debiutów.

O filmach jednak nie będzie. Nie oglądałam Oscarowych hiciorów, i w tym roku jakoś specjalnie mi nie śpieszno, nadrobię niedługo. A nie! Przepraszam. Oglądałam dobry film. "Dear Mr. Gacy". Kto nie wie, kto to jest Gacy? Ha. To powiem. Gacy to facet, który w latach 70. zgwałcił i zamordował co najmniej 33 młodych chłopców. Oczywiście na co dzień przykładny obywatel. CO ohydne, pracował jako wolontariusz występując jako... klaun. Tak, klaun. Wasze koszmary o klaunach teraz staną się jeszcze gorsze.

Ale film nie pokazuje tych morderstw, śledztwa itp. To prawdziwa historia na podstawie książki "The Last Victim" Jasona Mossa. Moss nawiązał kontakt gdy Gacy siedział już w celi śmierci. Ich relacja była dziwna i niebezpieczna, na granicy obłędu i fascynacji.

Z życia: Jason Moss nawiązał kontakt również z innymi seryjnymi mordercami, nawet z Charlesem Mansonem. Ale do końca życia utrzymywał, że ten z Johnem Wayne'em Gacy'm był najbliższy. Moss w 2006 roku popełnił samobójstwo.

Chyba wystarczająca rekomendacja filmu, prawda? Powstaje coraz mniej takich pozycji, warto jednak na niektóre zwrócić uwagę, na "Dear Mr. Gacy" w szczególności.

A teraz zgrabnie połączę dwa fakty: Sufjan Stevens w utworze o Johnie Wayne'ie Gacy'm:



Bo Sufjan Stevens wystąpi w Polsce! 5 maja koncert w ramach promowania zeszłorocznego "Age of Adz". Bilet oczywiście już do mnie zmierza, ale niestety nie wiem, czy akurat tego dnia dam znaleźć się w Warszawie. Mam nadzieję, bo Sufjan to jeden z geniuszy dobrej muzyki, potrafiący poruszać się po różnych konwencjach. Poza tym wrażliwy tekściarz i po prostu genialny muzyk. Delikatnie mówiąc. O zobaczeniu go na żywo w Polsce pewnie nie tylko ja marzę od długiego czasu, tym bardziej że po świecie krąży wieść (i nie tylko, heh), iż jego koncerty to wielka uczta dla wszystkich zmysłów. Nietrudno to sobie wyobrazić.

Cieszę się tym bardziej, że Sufjan nie wystąpi na przykład na Off Festivalu (z całym szacunkiem dla Rojka), choć krążyły takie wieści. Dobrze, bo taki artysta pełną gębą wbity gdziś w line-up pomiędzy innych, z ograniczonym czasem itp. to tylko profanacja. Za to Mogwai ponownie na Offie, sprawdziło się raz, sprawdzi się i drugi. I bardzo dobrze.

Chyba tyle na raz. Było o gladiatorach, seksie, morderstwach, muzyce i dysfunkcyjnej rodzinie. Najważniejsze tematy poruszone.