Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2013

Drgnienie powietrza


Wychodzę z chłodnego korytarza w rozpalone, ciężkie od wilgoci i słońca powietrze. Przytłacza mnie, uderza zawieszonymi nisko pyłkami wszystkiego, co kwitnie, zapachem rozbudzonej po ciężkiej zimie przyrody. Natychmiastowo zaczyna swędzieć mnie w nocie. Idę. Po chwili czuję, że pełne przyrody powietrze dostało się przez moje nozdrza pod skórę, atakuje też z zewnątrz.

Cała moja skóra nagle zaczyna dawać o sobie znać. Na ramionach, karku i szyi czuję każde drgnienie powietrza, mam wrażenie, że coś drażni ją w niepojęty sposób. Boję się dotknąć samej siebie. Gdyby ktoś teraz dotknął mnie, dotknął mojej skóry, pękłabym, jak te rośliny - nigdy nie zapamiętam ich nazwy - których nasiona pękają po dotknięciu, zostawiając zakręconą powłoczkę. Ale to nie byłoby złe. Mogłabym tak pęknąć z przyjemnością. Zostałaby ze mnie zabawna powłoczka.

Wrażliwa na każdy podmuch wiatru idę nad jezioro. Przy zejściu zerkam na znajomą panoramę, która jednak z roku na rok wygląda całkiem inaczej. Gdy byłam mała tu znajdował się cypel, by się do niego dostać trzeba było przedrzeć się przez wierzby. Warto było, bo cypel wchodził w jezioro, a jednocześnie osłaniał od plaży. Potem cypel gdzieś zniknął, wierzby wycięto. Teraz usypano tu kopiec ziemi, dokładnie w tym samym miejscu, w którym był cypel. Nie ma wierzb, nie ma żadnych roślin, a sam kopiec wygląda okropnie łyso, ale daje znak, że historia może zatoczyć koło, że po 20 latach linia brzegowa wróci do pierwotnego stanu.

Przechodzę przez plażę, a właściwie to teren, który powinien być plażą. Do sandałów wpada mi piasek i małe kamyczki, ale to nic. Szybko je ściągam i po zaokrąglonych wodą kamykach wchodzę do wody. podwijam spodnie, pierwsze zanurzenie przynosi wzdrygnięcie, to różnica temperatur. Po chwili jednak nie ma to znaczenia, woda robi się przyjemna. Wchodzę po kolana, nagle upał przestaje być taki  przytłaczający. Pod stopami czuję kamieniste dno, a lekkie fale rozbijają się o moje łydki. Chlup, chlup, jakby ktoś drażnił mnie piórkiem, jakby smyrał mnie palcem. Chlup, rozprysk.

Stoję tak, chłodna woda odgradza mnie od ciężkiego powietrza, patrzę przed siebie na góry za taflą jeziora. Czyste niebo, fale, góry, chlup w nogi, odgrodzona od upału. Kamienie pod stopami.

Mówicie, że nigdy nie będę szczęśliwa. Teraz jestem. Póki tak stoję. Chup.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Archive

Większość z nas ma pewnie utwory, albumy czy wykonawców ważniejszych od innych, bo obecnych wtedy, gdy kształtował się nam gust, przeżywaliśmy ważne momenty młodości i szukaliśmy siebie. Dla mnie to Archive.

"You All Look The Same To Me" pożyczył mi przyjaciel, intensywny przyjaciel, ten, który definiuje często część okresu dorastania. Ile miałam lat? Może 14, maksymalnie 15 i wcześniej nie znałam muzyki. Nagle poznałam - muzykę, która porusza tak, że łzy ciekną po policzkach, że zamyka się oczy i nie chce się, by moment się kończył. YALTSTM pomogło zdefiniować mój gust muzyczny, a Archive zostało i zakorzeniło się w mojej rzeczywistości.

To przy Archive przeżyłam swoje pierwsze uniesienie seksu oralnego, to przy Archive odreagowywałam po pierwszym razie, to Archive towarzyszyło podczas rozstań i kryzysów, to Archive przez lata pojawiało się w tle, było, zawsze wracałam.

Archive maluje mi zawsze obrazy, przywołuje zapachy, uczucia i emocje. Lata mijają, miną kolejne, a ja wiem, że za naście i tak wrócę do Archive. Bo dla mnie nie zestarzeje się nigdy, będzie tą słynną pieśnią młodości.

Wczoraj zobaczyłam Archive pierwszy raz na żywo. Przez lata próbowałam, ale wychodziło jak wychodziło. Wczoraj przeżyłam pierwszy raz i nie wiem, czy zagrali dobry czy bardzo dobry koncert, bo to się nie liczyło. Przeżyłam ponad dwie godziny ekstazy i palety olbrzymich emocji.

Pomyślałam, że przecież nie tylko ja przeżywam takie rzeczy, nie tylko dla mnie poszczególne dźwięki utworów naładowane są osobistymi i intymnymi przeżyciami i emocjami. Kwestia, jakie to dźwięki i jakie historie do nich dopisaliście?


środa, 18 kwietnia 2012

A dobrze dzisiaj zrobił mi ten album

A dobrze dzisiaj zrobił mi ten album: Jack Johnson & Friends: Best Of Kokua Festival. Jack Johnson z gośćmi, bardzo zacnymi - Ben Harper, Eddie Vedder, Dave Matthews, Tim Reynolds, Ziggy i Damian Marley i kilku innych... Mało materiału Johnsona, dużo coverów, dużo prostoty i nawet folku.

Zdecydowanie zrobił mi dobrze. Mam wrażenie, że przybywające lata pozytywnie wpływają na Johnsona, tak jak i występy na żywo na specyficznych festiwalach. Więcej gitar, folku, liryki. Lubię to.

A, będę wrzucać linki do Deezera, jak się da. Kto ma, to szczęściarz, kto nie, ma pecha.

wtorek, 21 lutego 2012

Darmowy, ładny w swej prostocie album The Donnie's and the Amy's zdecydowanie wart przesłuchania

Lubię prostotę w muzyce, chociaż stacje radiowe, internety i telewizornie chcą mi wmówić, że lubię i potrzebuję umcy-umcy.

Lubię też darmowe rzeczy, a taki jest właśnie album The Donnie's and the Amy's. 11 i pół prostych, niewymyślnych i niezbyt hitowych kawałków z bardzo miłym wokalem. Może nagrania nie powalają, ale perełki takie jak "I Told a Lie", "Just a Test" czy otwierający "Box + Clover" zdecydowanie warte są przesłuchania.

Poza tym kolejny raz odkryłam coś naprawdę ciekawego dzięki "Grey's Anatomy", serialowi, który muzycznie od samego początku stoi na wysokim poziomie. "Box + Clover" został użyty w jednym z ostatnich odcinków.
Po prostu polecam przesłuchać 2-3 razy. Warto.



niedziela, 4 grudnia 2011

Graficzne przedstawienie poziomu albumów The Editors w oczekiwaniu na nowy materiał.

Nie chce mi się pisać, wszystko jasne. The Editors złamali klątwę drugiego albumu po świetnym pierwszym, za to polegli na trzecim. Z ciekawością czekam na czwarty.








środa, 16 listopada 2011

No proszę, ktoś w końcu scoverował dobrze Bon Ivera, i to kto

Ten rok jest tak dziwny, że szczerze mówiąc nie mam za bardzo czasu na odkrywanie wielu nowości muzycznych i ze wstydem przyznaję, że umyka mi bardzo, bardzo dużo. Jednak dzięki mediom społecznościowym i całkiem sensownemu przepływowi informacji udaje mi się wyłapać gdzieś rzeczy, które przemknęły niezauważenie. 

Kto mnie zna wie też, że nie przepadam za śpiewającymi kobietami. W ogóle za kobietami, ale za tymi śpiewającymi i dodatkowo lirycznymi do bólu tym bardziej. Najczęściej są nie do odróżnienia, wszystkie przesłodkie, wszystkie zdolne, rozmemłane, cierpiące i w ogóle nudy (nie biorę pod uwagę Lady Gag czy innych Rihann, bo to nie moja bajka). Pewnie też dlatego nie zwróciłam uwagi na Birdy - i szczerze to nawet nie wiem, kto to do cholery jest.

Ale się dowiem. Ktoś, kto coveruje Bon Ivera, tego genialnego Bon Ivera, i to coveruje w taki sposób zasługuje na uwagę.

Bon Iver jest bardzo subtelny i intymny. Peterowi Gabrielowi nie udało się zaaranżować utworu Bon Ivera dobrze (zaryzykuję, że Gabriel poległ na nim). Tym bardziej dziwi, gdy jakaś młoda (przynajmniej tak wygląda) dziewczyna zrobi to dobrze, na dodatek odzierając "Skinny Love" z folkowości i delikatności na rzecz pianina i dosyć mocnego głosu. 

Na dobry cover Bon Ivera czekałam od dwóch lat. W końcu znalazłam.

Wgłębię się w to, kim jest owa Birdy, ale mam przeczucie, że nie znajdę więcej tak ciekawych rzeczy - doświadczenie uczy, że takie wykonawczynie są bardzo nierówne. Mimo wszystko "Skinny Love" w jej wykonaniu jak najbardziej warte uwagi pod warunkiem, że zna się oryginał.

niedziela, 23 października 2011

Trzy płyty


"Metals" Feist to spore zaskoczenie. O ile od dawna wiadomo, że to świetna kompozytorka, o tyle z wykonaniami i aranżacjami bywa u niej gorzej. Tym razem Feist mocniej równa poziom. Nie jest przełomowo czy zachwycająco, ale jest za to spójnie i przyjemnie.
"Metals" to całkiem ciekawa od pierwszego momentu całość, w której dosyć rozbuchane aranże (nie ma tu następcy The Park) tworzą ciekawe kompozycje z barwą głosu Feist. Nie będzie hitu na miarę "I Feel It All", i dobrze. Zdecydowanie brawniej i dojrzalej niż na "The Reminder". I w końcu z wykorzystaniem potencjału bardzo dobrych muzycznie kompozycji.

Coldplay ssie. Coldplay zaczął ssać już przy "Viva La Vida Or Death And All His Friends", ale tam przynajmniej jeszcze znośnie i momentami bardzo ciekawie. Na "Mylo Xyloto" Coldplay ssie tak, że finalnie nie wiadomo, dla kogo przeznaczony jest ten album. Nie będzie już komentarzy typu "Coldplay to genialny przykład, że w mainstreamie można robić świetną muzykę". Za mainstream a'la "Mylo Xyloto" dziękujemy.
Jest przesłodko, przewidywalnie, pompatycznie a na dodatek całość nie trzyma się przysłowiowej kupy. Na festiwale pełne nastolatek materiał jak znalazł. I nigdzie więcej. Wielkie rozczarowanie, któremu ze względu na stare czasy wypada dać i drugą i trzecią szansę. Czwartej już się odechciewa, bo można zacząć wymiotować tęczą.

"The Rip Tide" Beirutu to za to album, który z przesłuchania na przesłuchanie nabiera więcej smaczków i uroku. I chociaż pierwsze wrażenie pokazuje, że do "Gulag Orkestar" i "The Flying Club Cup" utalentowany Zach Condon i spółka oddala się coraz bardziej, ale to nie oznacza wcale, że jest gorzej. "The Rip Tide" jest po prostu przystępniejszy, może przez lżejsze niż dotychczas bałkańskie zabarwienie.
Mimo wszystko trzyma wysoki poziom, plus wypełniony jest miłymi niespodziankami i zgrabnymi kompozycjami. Jest też intymniej niż zazwyczaj, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Jednocześnie jest lżej. Ładnie to łączy się z delikatnym, specyficznym głosem Condona. Zdecydowanie album "na dłużej", choć za krótki, bo tylko 9 utworów. Chciałoby się więcej, no ale cóż - lepsze 9 dobrych kawałków niż 14 nyancatowych (patrz: "Mylo Xyloto").
Beirut jeszcze się nie kończy. Na szczęście! Nie ma chyba drugiej tak przystępnej masom formacji pseudofolkowej.




niedziela, 5 czerwca 2011

Reinkarnacja Carmageddona - niesamowite! Aż się wzruszyłam.



Są czasem gry, do których wraca się i wraca. I mimo, że te nowsze są ładniejsze, wypaśniejsze, to jednak tamte mają coś w sobie... Coś magicznego. Taki dla mnie jest Carmageddon.

Wzruszyłam się na wieść, że "Carmageddon Come Home". Naprawdę. Kto zna historię ten wie, że pierwsze dwa Carmageddony - I wraz ze Splat Packiem i część druga czyli Carpocalypse Now - zostały stworzone przez Stainless Software. Potem prawa do gry kupił Torus Games i... zjebał sprawę, delikatnie mówiąc. Z gry opartej na ostrym, czarnym humorze zrobił wyścigówkę, która ani humoru ani gwyalności nie miała nawet w połowie tyle, co pierwsze części. Grafika była lata świetlne do przodu, ale zabrakło polotu. Chodziły słuchy, że Torus miał wypuścić część czwartą, ale na szczęście to się nie stało.

Po prawie 15 latach grania w pierwszą część ten gry dla niestabilnych psychicznie i stanowiących zagrożenie jednostek pojawiła się cudowna informacja. Stainless odkupiło prawa do Carmageddona i już rozpoczęło pracę nad czwartą częścią o jakże błyskotliwym tytule "Reincarnation". Carmageddon ma wrócić do korzeni - czarnego humoru, sarkazu, dziwnych i abstrakcyjnych klimatów, czyli wszystkiego, za co go kocham (i pewnie nie tylko ja). I nawet nie mam obaw co do jakości gry. Jeśli ci sami twórcy po 15 latach spieprzą sprawę, to wybaczę. Po trójce nie może być już gorzej.

Ale jeśli nie spieprzą i uda im się stworzyć grę choć w połowie tak grywalną jak jedynka, to będzie to jedyna gra dzisiejszych czasów, w którą mogę grać.

Kto nie grał nie zrozumie tego klimatu i fenomenu. Kto grał (ale nie teraz, a conajmniej 10 lat temu) i dalej nie rozumie widocznie jest zbyt "normalny" i ułożony. Kto rozumie dlaczego z taką radością piszę o tej informacji zapewne też podświadomie chociaż będzie czekał ze mną;)

Panowie ze Stainless szukają funduszy i wydawcy. I oby znaleźli. Bo... zapowiada się nieźle:

Well, here we are a decade-and-a-half later. We’re fatter, greyer, creaking a bit, definitely no wiser, and drink even more than ever. But we still have the passion to be as stupid as possible at every opportunity. So Carma has come home, and it’s got a big smile on its face. It’s safe here, nesting happily amongst the rivers of livers and infeasible numbers of eyeballs that erupted whenever you burst-open a nice juicy granny.

Zabrzmi to dziwnie zwłaszcza w odniesieniu do tego fragmentu o wątrobie i gałkach ocznych, ale co tam. Naprawdę się wzruszyłam. Powrót do dzieciństwa (sic!, wiem, to chore), do czasów niesamowicie szybkiego rozwoju 3D... Achhh!

Postal był do dupy. Brutalność z Postala nie miała sensu. Brutalność z Carmageddona miała polot. Jakby głupio to nie brzmiało.

niedziela, 24 kwietnia 2011

O kilku albumach słów kilka.

The Strokes - "Angels".
The Strokes jakie jest każdy wie. Jeśli nie wie, to "Angels" nie przypadnie mu do gustu. O dreszcze nie przyprawi, okrzyków zachwytu również nie spowoduje.
Od "First Impressions of Earth" minęło 5 lat. Od debiutanckiego "Is This It" równo dziesięć.

Dekada od dla mnie kultowego kawałka "New York City Cops". Dekada, podczas której fascynacja "nową falą rocka" przeminęła, nastroje ostygły a ówcześni fascynaci dorośli (prawdopodobnie). W międzyczasie The White Stripes przestało istnieć, Franz Ferdinand znalazł kompletnie nowe inspiracje, Pete Doherty prawie zniknął a siła napędowa The Strokes Julian Casablancas popełnił solowy album i uczestniczył w co najmniej kilku pobocznych projektach.

Wydawało się, że dla The Strokes ta era nie jest jeszcze zamknięta. I kto tak myślał miał rację. Zamyka ją "Angels". Zamyka w dobrym, starym, strokesowym stylu. Zarówno tym z początków, jak i tym z "First Impressions of Earth". Bez fajerwerków. Za to dobrze, z mocno wyczuwalnymi inspiracjami (kto się jednak skusi powinien z łatwością je wyczuć). Słychać, że panowie bacznie śledzili to co dzieje się w muzyce.
Całości słucha się przyjemnie, ale nie tak, jak kiedyś. Czasy ekscytacji przeminęły i formacja również zdaje sobie z tego sprawę. Bardzo dobrze.

"Angels" The Strokes pokazują, że można zakończyć pewien burzliwy okres z klasą. Nie rozpadając się, nie wywołując afer. Muzyczna klasa.
I tylko zdziwiłabym się, gdyby Strokesi wydali kolejny album w starym klimacie. Dla nich teraz nadszedł czas poszukiwania nowych inspiracji albo rozejścia się. Czas pokaże.


Iron & Wine - "Kiss Each Other Clean"
Sam Beam to człowiek-orkiestra. Odkryty przez SubPop 9 lat temu, od tamtego czasu ma na koncie 4 pełne albumy i wiele pobocznych projektów (EPka z Calexico jes moim ulubionym). Człowiek, który robi to, co powinien robić.

"Kiss Each Other Clean" jest chyba najprzystępniejszą jego płytą. Dobra jako tło z klasą do innych czynności, ale po bliższym przesłuchaniu okazuje się, że także bardzo inteligentna. Muzycznie, tekstowo - Sam Beam ma coś do powiedzenia i stworzenia i robi to bardzo dobrze.
"Kiss Each Other Clean" nie jest albumem, który można znienawidzić. Jeśli nie zachwyci to stanie się obojętny. Warto? Warto. Inteligentnej, dobrej muzyki nigdy dosyć.


The Kills - "Blood Pressures".
Na ten album czekałam z niecierpliwością. The Kills to duet, który nie wysuwając się na pierwszy plan potrafi zafascynować. "Blood Pressures" nie rozczarowuje, wręcz przeciwnie. Chemia pomiędzy Alison Mosshart a Jamie'm Hince dalej działa i nadaje The Kills bardzo ciekawy kierunek.

"Blood Pressures" jest drapieżne. Bezkompromisowe - mocne, zdecydowane kompozycje. Album jest bardzo mroczny a jednocześnie intymny. To to, czym The Kills przekonało i przyciągneło do siebie - intymność i szczerość. Dodatkowo każdy utwór jest melodyjny niesamowicie melodyjny i do rozpoznania po pierwszym przesłuchaniu.

Nie da się też oprzeć wrażeniu, że Alison Mosshart wyniosła bardzo wiele ze współpracy z Jackiem White w "The Dead Weather". Czuć większy pazur.
"Blood Pressures" to pozycja obowiązkowa. Magii tego duetu trzeba posmakować osobiście i pokochać lub znienawidzić.


Low - "C'mon"
Mój zdecydowany faworyt. Przyznaję ze skruchą, że nie znałam Low. Mimo tego, że istnieją prawie 20 lat - nie zdawałam sobie z tego sprawy. Teraz czeka mnie (zapewne przyjemne) odkrywanie całego dorobku wstecz.

"C'mon" jest mnimalistyczne, wolne, proste i bezpretensjonalne. To takie "Illinois" Sufjana Stevensa" ale doroślejsze i nie tak piskliwe. To prosta w muzyce i tekstach - coś ponadczasowego.

Zakochałam się. Bardzo mocno, na tyle, że nie potrafię o Low pisać rozsądnie. Ot co.


Noah and the Whale - "Last Day on Earth"
No dobra. Na nowe Noah and the Whale czekałam bardziej niż na The Kills. Nawet bardziej, niż na TV on the Radio. O poprzednim albumie NatW pisałam tutaj.
Jak można było się spodziewać po folkowym pierwszym a lirycznym drugim albumie przyszła kolej na coś całkowicie innego. Myślałam, że nie ma już konwencji, w której ten dosyć ograniczony i charakterystyczny wokal się sprawdzi, a jednak!

"Last Day on Earth" jest popowe. Do bólu popowe, pobrzmiewa latami osiemdziesiątymi i nawet czasem zalatuje lekką tandetą.
Jest też do bólu banalne i proste. Poprzednie albumy też były proste, w tym zawsze tkwiła siła Noah and the Whale, ale najnowsza płyta przebija wszystko zwłaszcza pod względem muzycznym. I dobrze.

Nie ma tu gównolotnych tekstów. Nie ma wirtuozerii, nie ma nic dla oczekujących nowości. Kompletnie nic. Jest za to mnóstwo dobrych, melodyjnych kawałków z banalnymi wręcz tekstami. I co najlepsze - to się sprawdza!
Po raz kolejny okazuje się, ze muzyka Noah and the Whale jest pełna pozytywnej energii i przekazu. Na tle dołujących, coraz bardziej wymyślnych kapel i zespołów wypada to bardzo kontrastowo. Megapozytywnie, wiosennie i z nadzieją.

"Last Day On Earth" to album, który prawdopodobnie będzie mi towarzyszył przez długi czas, zwłaszcza w gorszych momentach. To album, którego się nie spodziewałam i tym bardziej mnie zachwycił. Geniusz prostoty. W tym tkwi siła.




W ramach wiosennych pozytywów staram się pisać tylko o tym, co warte polecenia lub chociaż zwrócenia uwagi, o tym co złe nie chciałam wspominać. Jednak muszę, nie wytrzymam. "Nine Types of Light" TV on the Radio rozczarowuje. Na całej linii. Czego można było się spodziewać - po "Dear Science", niemal arcydziele, kolejny musiał być i jest rozczarowaniem. "Nine Types of Light" nie trzyma się całości, nie przyciąga i nie ma w nim tej wielowartstwowości i spójności. Szkoda. Ogromne rozczarowanie. Tym bardziej, że "Maximum Baloon" Dave'a Sitka z 2010 roku pokazał, że można... Szkoda.