Pokazywanie postów oznaczonych etykietą another shit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą another shit. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 kwietnia 2011

Opydo Stajl Hejting

Starałam się. Serio, bardzo chciałam się powstrzymać. No ale nie mogłam, taki ze mnie zły człowiek. Paweł Opydo, mój ulubiony hejter internetowy ("zhejtuję sobie dzisiaj to, co mi się nie podoba, wytnę kilka zdań z kontekstu i potrolluję, żeby nie wyszło na jaw, że nie rozumiem wielu rzeczy, mam kompleksy i lubię być w centrum uwagi"), kolejny raz próbuje obalić mój tekst swoimi przemyśleniami z serii "Wszystko Co Pisze Ewa Lalik Jest Złe Bo Tak". No to nigdzie nie jedziemy, bo po co:)

Szczerze mówiąc, kliknąłem bo ktoś mi podesłał link z pytaniem, kiedy skomentuję ten tekst.Ale pewnie jakbym go zobaczył, tobym kliknął myśląc, że w końcu wyszedł biały iPhone.


No i teraz mu głupio, że jednak kliknął (albo kliknąłby, who cares?) i dał (albo dałby) się nabrać i wyszłoby, że lubi klikać w tytułu rodem z Onetu: "Zgwałcił ją dzik", "Cegła chciała go zabić". "Jeest! i'Phone 4!!!" też by kliknął, bo jest fanbojem. A jak w końcu kliknął, to się okazało, że nie zrozumiał treści. Bo to przecież o białym ajfonie miało być.

Jakbyście nie załapali: tutaj Ewka stwierdza, że informacje o opóźnieniu produktu, którego nikt nie widział ani nikt nie podał daty jego premiery (więc jak może być opóźniony?) są ważniejsze niż informacje o wielomiesięcznym opóźnieniu produktu, na który ludzie czekają.s


No bo przecież Apple nie wypuszczało poprzednich ajfonów w tym samym mniej wiecej czasie każdego roku. No bo przecież Pawełek nie czeka z wywieszonym językiem na ajfona namber 5 żeby pochwalić się nim w de Gik Szole. A, przepraszam, zapomniałam - Pawełek czeka na białego ajfona namber 4. Cel zapewne ten sam.

Ponieważ serdecznie Wam nie polecam czytania całości, to postanowiłem streścić tekst Ewy w jednym zdaniu. Brzmiałby on mniej-więcej tak:

Wydaje mi się, że więcej się pisze o opóźnieniu białego iPhone niż o opóźnieniu nieistniejącego iPhone 5, dlatego Apple jest złe a internauci… internauci też są źli, bo treść w sieci nie jest taka fajna jak ja jestem, a więc przyzwyczajcie się, że internet się zmienia, oprócz jednego: jutro kolejny Mocny Tekst na Spider’s Web!

No i tym samym Mister Opydo pokazuje, że nawet nie postarał się przeczytać tekstu ze zrozumieniem, a zawiesił się na samym jego początku (bo tam przecież były magiczne słowa "Apple" i "iPhone" (na dodatek biały [!!!]). Rozczarował się, że nie może przeczytać kolejnej kalki niusa przepisanego z fanbojskich blogów Apple i postanowił zhejtować mój tekst.

Nie polecam serdecznie czytania playr, dlatego postanowiłam streścić go Wam w jednym zdaniu:

Nienawidzę całego świata, bo nie wszystko rozumiem, no i tak!


Apple było złe a newsy… newsy też były złe. - playr


Jeest! Biały iPhone 4!!! – Spider’s Web

piątek, 25 marca 2011

Cześć, jestem Niecywilizowana Ewa.

Cześć, jestem Niecywilizowana Ewa. Nie lubię kolejek, grupowego macania, szału przy premierach, nadmuchiwanej potrzeby kupna oraz baniek które pękają z hukiem.

Jestem niecywilizowana i dobrze mi z tym. Bo jeśli cywilizacja jest tam, gdzie wielkie długi i brak pomysłu na wyjście z nich, coraz większy rasizm, ksenofobia i bezdomność, duże bezrobocie, kary śmierci przy durnowatym i obłudnym sądownictwie, kiepski system i hurraoptymistyczne, pozbawione głębszego przemyślenia społeczeństwo, to ja wolę być niecywilizowana.

Z pozdrowieniem,

Niecywilizowana Ewa.

czwartek, 17 marca 2011

Te, bloger! Ogarnij się!

Trafia mnie szlag. Trafia mnie szlag za każdym razem, gdy widzę czołowych polkich blogierów, którzy robią podstaowe błędy ortograficzne w najprostszych słowach. Sama nie jestem święta - robię błędy. To ludzkie. Zdarza się. Mimo wszystko staram się i pracuję nad tym. Mogę wybaczyć błędy składniowe, ale ortografy, za które w podstawówce każdy dzieciak dostaje burę od psora? Bez żartów proszę. Tak głośno mówicie wszyscy, że blogowanie to nowa siła, że ma coraz większą moc opiniotwórczą i takie tam. Jeśli to prawda, to za tym idzie ogromna odpowiedzialność również za słowo!

Nie wymagam chyba zbyt wiele? Nie mówię przecież o posługiwaniu się słowem niczym Mickiewicz i tworzeniu ksiąg dwunastozgłowskowcem. Mówię o prostych błędach, których można uniknąć za pomocą zwykłego sprawdzania pisowni w tych łordach i innych wynalazkach. Nic wielkiego. Gdy jutro na "prawdopodobnie najpopularniejszym polskim blogu technologicznym" znów zobaczę tytuł z bykiem wielkim jak polski dług publiczny to zakopię się pod ziemię ze wstydu.

Bloger nie jest dziennikarzem. Obowiązują go trochę inne zasady. Ale niech tenże bloger nie bierze przykładu z najpopularniejszych polskich portali, bo tam też roi się od błędów. Bardziej wysublimowanych i często nie tak rzucających się w oczy, ale jednak. Takie czasy.

Niech bloger powie sobie: "chcę być dobry w tym co robię, chcę żeby traktowano mnie poważnie więc będę dbał o to, by moje teksty zwracały uwagę treścią a nie błędami". I niech bloger trzyma poziom i postara się być coraz lepszy w posługiwaniu się słowem. To przecież jego największa broń.

poniedziałek, 7 marca 2011

Achaja, Grzędowicz i refleksja o świecie.

Postanowiłam w końcu dorwać i przeczytać trzeci tom "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza, ale jak to ze mną i z seriami bywa muszę sobie przypomnieć poprzednie częśći zanim dobiorę się do najświeższej. Dlatego nie lubię podziałów na tomy. Pomiędzy nimi często jest tak długa przerwa, że wypada odświeżyć poprzednie. Ale Grzędowicza warto.

I wiem, że następne, za co się zabiorę to "Achaja" Ziemiańskiego. Z jednego prostego powodu - to genialny klimat i opis zmian zachodzących w mentalności społeczeństwa. To wizja świata przeobrażającego się obyczajowo, kulturowo, moralnie.

Nie tylko w "Achai" można dojrzeć ten proces, ale tam zrobił na mnie ogromne wrażenie. Mocny i przemyślany.

Ostatnimi czasy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś takiego dzieje się obecnie. W "Achai" Ziemiański przyspieszył wszystko tak, żeby można było to zauważyć. My tego nie widzimy, ale prawdopodobnie to się dzieje tu i teraz.

Nie mam pojęcia, czy mam rację. Pamiętam jednak kilka bardzo mądrych osób mówiących o tym, że kulturowo nasze społeczeństwo już się wyczerpała. Cywilizacja osiąga martwy punkt, po którym naturalnym procesem jest przemiana i budowa nowego.

Wiem, górnolotnie to brzmi, ale coś w tym jest. Osiągnęliśmy już punkt, w którym ciężko jest stworzyć coś nowego. Co będzie dalej? Nie wie nikt.


P.S. Nie traktujcie tego wpisu jako proroctwa ani nic podobnego. To po prostu krótka, osobista refleksja.

P.S 2 Osoba będąca w posiadaniu MOJEGO drugiego tomu "Achai" wraz z imienną dedykacją i autografem Ziemiańskiego proszona jest o zwrot. Kary nie będzie, także można się przyznać.

środa, 2 marca 2011

Ogłaszam rewolucję

Obwieszczam rewolucję. I to nie byle jaką! Żadne tam tablety i inne zberezeństwa - obwieszczam rewolucję w myśleniu.

Czy się przyjmie, czy nie... No chyba raczej nie. Ale przecież obwieścić zawsze mogę.

Podczas gdy przepychanki po premierze iPada werszyn 2 trwają postanowiłam w końcu powiedzieć, co mam do powiedzenia. Zaczynając:

- nie to ładne, co ładne, lecz to co się komu podoba.

- De gustibus non est disputandum. Niechodzi mi akurat o to, że się o gustach nie dyskutuje - bardziej: o gusta nie należy się spierać. Wiem, gusta są często najbardziej rozpalającym tematem, ależ na boga! Uszanujmy, że ktoś ma inne.

- punk widzenia zależy od punktu siedzenia. Tu juz wytłumaczę, zwłaszcza drogim i zapalonym użytkownikom iOSa - to, że na keynote'ach powtarzano często słowo "intuicyjnie" we wszystkich możliwych koniugacjach nie oznacza, że "intuicyjny" = "iOS". Nie dla wszystkich. Taka mała dygresyjka życiowa. Przy pierwszym moim zetknięciu z Androidem dosłownie w 30 sekund zmieniłam sobie APN, była to pierwsza czynność jakiej dokonałam na tym systemie. Bezproblemowo. Natomiast z iOSem, mimo iż kontakt z nim miałam już w 2007 roku (ale wtedy nie ustawiałam APNu, bo już był ustawiony), gdy przyszło zmiany tego parametru nie mogłam odnaleźć odpowiedniego miejsca w systemie i zajęło mi to o wiele dłuższy czas, niż na Androidze. I nie, nie jest to kwestia przyzwyczajenia, To raczej kwestia różnorodnych gustów i różnego pojmowania pojęcia "intuicyjny".

Poza tym kilka innych kwestii. Nie ma i nie będzie czegoś, co zadowoli wszystkich bez wyjątku. Nigdy.

Nawet iOS, Android, WebOS, BBOS i chińskie podróby nie mają takiej mocy.

Jeden woli zielone, drugi różowe, nic się na to nie poradzi. Wiem, truizmy piszę. Ale i tak takie oczywiste prawdy nigdy nie dotrą do każdego i zawsze znajdą sie jednostki bezmyślnie broniące swoich racji i naskakujące na innych.

A wystarczyłoby trochę dystansu do rzeczywistości. Trochę zimnego oglądu i dostrzeżenie, że nie ma jednej słusznej drogi.

Piszę to wplatając jako przykłady akurat tablety, cóż - taki dzień. Ale odnosi się do do kompletnie wszystkiego.

Wiecie o mnie, że wolę Androida niż iOS. Ale ja nie jestem pewna, czy "wolę" to odpowiednie słowo. Po prostu Android z wielu względów bardziej mi pasuje. I nie staram się bronić go za wszelką cenę - ba! - zdarzy mi się nawet zadrwić z Gógla i robota. Gdy trzeba, to trzeba. Dystans.

Więc ogłaszam rewolucję, czyli coś, o czym wielu nie wie, albo zapomina:

Nie ma jedynej słusznej drogi i jedynego słusznego rozwiązania.


P.S. Tak staram się pisać na Spider's Web, chociaż czasem słyszę komentarze, że przecież ja miałam nie lubić Apple a wychwalać Androida. Nieprawda. Przy pisaniu staram się zachować dystans i ocenić realne szanse, preferencje rynku masowego itp. Dlatego czasem zdarzy się pochlebne słowo o Apple, niepochlebne o Androidzie i na odwrót. Jeszcze raz: DYSTANS.

P.S.2 I tak, też uważam, że iPad2 będzie sprzedawał się bardzo dobrze. Co nie zmienia faktu, że u mnie sprawdziłby się najlepiej w roli tacy/podstawki.

P.S.3 Xoom, PlayBook itp. też prawdopodobnie spełniałyby najlepiej taką rolę. Geezus, nie potrzebuję tabletu.

Cheers.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Śmietnik książkowo-serialowo-filmowo-muzyczny. Another shit, czyli inspiracje (?)

W ramach odpoczynku od pisania i myślenia postanowiłam... trochę popisać. Ale już tak całkowicie luźno i bez składu. Trochę o książkach, filmach i serialach i może muzyce. Czyli ogólnie rzecz biorąc nic ciekawego.

Ok, książki. Kocham książki. Nie, nie te zerojedynkowe, tylko te pachnące papierem, tradycyjne wersje z reala. Maniakalnie. Jak już coś kocha, to na całego.

Łukasz Orbitowski. "Święty Wrocław". Szczerze mówiąc autora kojarzyłam jedynie z niezbyt udanego (a wręcz nudnego) "Psa i Klechy". Ale jak to z głodem książkowym bywa gdy wpadł mi w łapy "Święty Wrocław" nie odpuściłam (koło żadnej książki nie przejdę obojętnie, o nie!). Okazało się, że warto. To kolejna udana pozycja w jakże ciekawej polskiej nowej fantastyce. Musimy wyjaśnić sobie jedną rzecz - nie przepadam za fantasy, smokami, mieczami i magią średniowiecza. Zdarza mi się czytać takie pozycje, ale odkąd powstała Fabryka Słów (już 10 lat, najlepszego!) i kupiłam "Księgę Jesiennych Demonów" Grzędowicza zakochałam się we współczesnych, podszytych niesamowitością powieściach. Najlepsze, że w dobrych pozycjach ta niesamowitość wcale nie jest niesamowita i tworzy całkiem realny, ostro zarysowany świat, w którym po prostu coś się zdarzyło.

Tak też jest ze "Świętym Wrocławiem". Książka może nie zachwyca szczególniei, ale jest dobrą i wyraźną historią pełną lokalnego kolorytu i osadzoną mocno w nowoczesnym świecie. Plus oczywiście dziwne zjawisko. Warto przeczytać.

Nie mogłam się oprzeć skojarzeniu z "Fioletem" Magdaleny Kozak (chociaż "Fiolet" to przecież jeszcze świeża pozycja, a "Święty Wrocław" z 2009 roku). Może przez podobieństwo niewyjaśnionego zjawiska - w prawdziwym świecie wydarza się coś dziwnego i niewytłumaczalnego, a fabuła opowiada o tym, co dzieje się wokół. Podoba mi się. Z racji odkrycia, iż Orbitowski nudnym pisarzem nie jest postanowiłam pogrzebać dalej i teraz szykuję się na "Tracę Ciepło". Mam nadzieję, że dorwę.

Ok, chwila dla innego maniactwa, seriali. Niedawno odkryłam "Spartacusy", obydwa. Taka epicka, pełna fucków, krwi i seksu opowieść o Gladiatorach i intrygach. Również godne polecenia - po pierwszym szoku wywołanym konwencją okazuje się, że wciąga i bardzo łatwo przyzwyczaić się do przerysowanych efektów walki i współczesnych tekstów postaci. Zdecydowanie wyróżniające się klimaty na tle tych wszystkich nudnych seriali o lekarzach, kryminologach itp.

Poza tym mam swojego ulubieńca-debiatanta. "Shameless", wersja amerykańska. Przykro mi, do brytyjskiej nie dotarłam i biorąc pod uwagę moją średnią chęć dotarcia(nie przepadam za brytyjskim humorem, brytyjskimi serialami, dramatycznymi również) pewnie to się nie zdarzy.

Ale "Shameless" z USA daje radę. Dysfunkcyjna rodzina, tatuś alkoholik i popieprzeni sąsiedzi. I nie, nie jest smutno. Nie cały czas. Tak sobie myślę, że niektórzy mogą zazdrościć rodzonce z serialu - bo mimo porąbanego życia kochają się i tyle. Serial jest ciekawy i również wnosi trochę świeżości - dziwne historie podszyte może czasem wisielczym humorem ładnie komponują się w całość. I wbrew pozorom nie jest pretensjonalnie, jakby wskazywała na to tematyka. Zdecydowanie jeden z ciekawszych tegorocznych debiutów.

O filmach jednak nie będzie. Nie oglądałam Oscarowych hiciorów, i w tym roku jakoś specjalnie mi nie śpieszno, nadrobię niedługo. A nie! Przepraszam. Oglądałam dobry film. "Dear Mr. Gacy". Kto nie wie, kto to jest Gacy? Ha. To powiem. Gacy to facet, który w latach 70. zgwałcił i zamordował co najmniej 33 młodych chłopców. Oczywiście na co dzień przykładny obywatel. CO ohydne, pracował jako wolontariusz występując jako... klaun. Tak, klaun. Wasze koszmary o klaunach teraz staną się jeszcze gorsze.

Ale film nie pokazuje tych morderstw, śledztwa itp. To prawdziwa historia na podstawie książki "The Last Victim" Jasona Mossa. Moss nawiązał kontakt gdy Gacy siedział już w celi śmierci. Ich relacja była dziwna i niebezpieczna, na granicy obłędu i fascynacji.

Z życia: Jason Moss nawiązał kontakt również z innymi seryjnymi mordercami, nawet z Charlesem Mansonem. Ale do końca życia utrzymywał, że ten z Johnem Wayne'em Gacy'm był najbliższy. Moss w 2006 roku popełnił samobójstwo.

Chyba wystarczająca rekomendacja filmu, prawda? Powstaje coraz mniej takich pozycji, warto jednak na niektóre zwrócić uwagę, na "Dear Mr. Gacy" w szczególności.

A teraz zgrabnie połączę dwa fakty: Sufjan Stevens w utworze o Johnie Wayne'ie Gacy'm:



Bo Sufjan Stevens wystąpi w Polsce! 5 maja koncert w ramach promowania zeszłorocznego "Age of Adz". Bilet oczywiście już do mnie zmierza, ale niestety nie wiem, czy akurat tego dnia dam znaleźć się w Warszawie. Mam nadzieję, bo Sufjan to jeden z geniuszy dobrej muzyki, potrafiący poruszać się po różnych konwencjach. Poza tym wrażliwy tekściarz i po prostu genialny muzyk. Delikatnie mówiąc. O zobaczeniu go na żywo w Polsce pewnie nie tylko ja marzę od długiego czasu, tym bardziej że po świecie krąży wieść (i nie tylko, heh), iż jego koncerty to wielka uczta dla wszystkich zmysłów. Nietrudno to sobie wyobrazić.

Cieszę się tym bardziej, że Sufjan nie wystąpi na przykład na Off Festivalu (z całym szacunkiem dla Rojka), choć krążyły takie wieści. Dobrze, bo taki artysta pełną gębą wbity gdziś w line-up pomiędzy innych, z ograniczonym czasem itp. to tylko profanacja. Za to Mogwai ponownie na Offie, sprawdziło się raz, sprawdzi się i drugi. I bardzo dobrze.

Chyba tyle na raz. Było o gladiatorach, seksie, morderstwach, muzyce i dysfunkcyjnej rodzinie. Najważniejsze tematy poruszone.

sobota, 29 stycznia 2011

Bla bla bla o muzyce. Znów. Szlag.

Bla bla bla. Najfajniejsze słowa świata. Tak słyszę wszystko, co się mówi o muzyce. Że to wtórne, że nic nowego, bla bla bla. No to i ja sobie trochę poblabluję.

Przyznaję się. Uważam, że znajomość historii jest ważna i przydatna. Takie tam bzdury o wyciąganiu wniosków (ładnie to brzmi) i świadomości. Ale - historia muzyki a sztuka to całkowicie różne sprawy. Sztuka powinna (prawie zawsze, bo zaraz ktoś się przyczepi) bronić się sama.

To znaczy, że ja jako taki przysłowiowy jełop powinnam znajdować w niej coś dla siebie. A znów wykształcony, ogarnięty odbiorca powinien też coś znaleźć, odkryć inne, głębsze warstwy. Bo sztuka nie jest li tylko dla sztuki. I dla kółek wzajemnej adoracji (które można znaleźć wszędzie, w każdej dziedzinie). No nie, nie przesadzajmy, nie jest też dla każdego, ale powinna mieć co najmniej kilka wartstw. Zazwyczaj.

Tak mam z muzyką. Jako, żem muzycznie bardzo uczuciowa jednostka tak też ją odbieram. Uczuciami, nie rozumem. Zazwyczaj. Poza tym nie jestem muzykiem. Chociaż próbowałam, to nie gram na niczym. Jestem taką ot odbiorczynią przeciętniaczką. I żebym coś chwaliła musi mi się podobać! Ha, w tym tkwi cała tajemnica.

Owszem, potrafię uszanować kunszt niektórych muzyków, docenić to, że x lat temu byli przełomowi. I zgadzam się, że wszystko jest wtórne. Ale to takie pieprzenie truizmów. W dzisiejszych czasach, przy szybkości rozwoju WSZYSTKIEGO w kilku ostatnich dekadach nikt nie może czuć się oryginalny. Kalka kalki kalki kalki (pamięta ktoś jeszcze te cholerne, brudzące i sprawiające dzieciakom radochę kalki?). Dlatego oświadczam:

mam w dupie.

I dlatego mogę sobie pozwolić na kompletnie subiektywne oceny muzyki. Mam podstawowe dwa kryteria:

-podoba mi się

-nie podoba mi się


I tyle. Jasne, powodów może być wiele, ale rzadko są one umotywowane mądrymi rzeczami. Częściej wynikają z moich emocji. Podoba mi się bo przywołuje niesamowite obrazy w wyobraźni/ słuchanie powoduje u mnie niemal orgazm/ ładnie się te dźwięki komponują, a i tekst niczego sobie. I dziesiątki innych, raczej w tym stylu. Owszem, często jedna rzecz wywołuje skojarzenie z inną. I to niekoniecznie znaczy źle. I też niekoniecznie znaczy, że się znam i jestem taka mądra. Nie jestem. Muzykę odbieram w większości sercem, nie rozumem.

A to fajna sprawa, bo często okazuje się, że to co polubiłam rozumem szybko znikało i o tym zapominałam. Sercem i uczuciami zostawało. To coś znaczy.

Bo kocham słuchać. Kocham te wszystkie reakcje, jakie muzyka potrafi wywołać. A najlepsze jest, że u każdego one są inne. Siła muzyki.

To, że szanuję klasyków na przykład nie znaczy, że muszę ich lubić.

Najczęściej jest odwrotnie. Wiadomo, przy lubieniu dużo zmiennych - same dźwięki w większości, ale poza tym otoczka, recenzje i miliard innych czynników. Dlatego przy ocenie staram się słuchać i tylko słuchać. Słucham długo, a jak już stwierdzę że mi się podoba albo nie, dopieto ewentualnie dowiaduję się czegoś o wykonawcy/ albumie. Ale to i tak rzadko - bo po co? Mam psuć sobie odbiór świetnej płyty dowiadując się, że wykonawca to cham?

I nie uwierzę, że nie ocenia się muzyki przez pryzmat człowieka, który ją tworzy. Ja tam mam. Ale się staram odseparować. Dobrymi chęciami... Właśnie.

Dlatego jeszcze raz - lubię to, co mi się podoba, a nie co wypada czy jest na czasie. A że podobno ja mało rzeczy lubię to wychodzi, jak wychodzi.

Bez urazy.

A tu ilustracja muzyczna (po cholerę umieszczam ją na końcu, i tak nikt tu nie dotrze a tym bardziej nie wciśnie plej. A, co tam):



To kolejna superwtórna rzecz, którą lubię, chociaż rozumowo nie powinnam - to wszystko już było. Pieprzę, podoba mi się:)