niedziela, 1 stycznia 2012

2011 muzycznie, oczywiście subiektywnie jak tylko się da

Krótko i tylko to, co według mnie najważniejsze, z dosyć sporym pominięciem, no ale nie da się wszystkiego. Mam jedną, mocno subiektywną konkluzję - "nowa fala rocka" zdechła już dawno, jedynie Kaiser Chiefs jako tako trzyma poziom. "Starzy wyjadacze" nie emocjonują, a dzięki internetowi mamy dostęp do pierdyliarda nowości i odkrywamy, że często wielu nieznanych nam wykonawców robi ciekawsze i lepsze rzeczy, niż te gwiazdy. No i jeszcze to, że starzeję się. Gust muzyczny jest tego idealnym odbiciem

Keep your mind open!


Zdecydowanie tak!:

Low - C'mon




Beirut - The Rip Tide




Noah and the Whale - Last Night on Earth



Bon Iver - Bon Iver





Elbow - build a rocket boys!



Feist - Metals




Dobrze:

The Kills - Blood Pressures



Iron and Wine - Kiss Each Other Clean



Red Hot Chili Peppers - I'm With You



The Dø - Both Ways Open Jaws




Kaiser Chiefs - The Future is Medival



Pete and the Pirates - One Thousand Pictures


Cake - Showroom of Compassion







Rozczarowanie:


Arctic Monkeys - Suck It and See


TV on the Radio - Nine Types of Light


Coldplay - Mylo Xyloto


The Strokes - Angels

niedziela, 4 grudnia 2011

Graficzne przedstawienie poziomu albumów The Editors w oczekiwaniu na nowy materiał.

Nie chce mi się pisać, wszystko jasne. The Editors złamali klątwę drugiego albumu po świetnym pierwszym, za to polegli na trzecim. Z ciekawością czekam na czwarty.








środa, 16 listopada 2011

No proszę, ktoś w końcu scoverował dobrze Bon Ivera, i to kto

Ten rok jest tak dziwny, że szczerze mówiąc nie mam za bardzo czasu na odkrywanie wielu nowości muzycznych i ze wstydem przyznaję, że umyka mi bardzo, bardzo dużo. Jednak dzięki mediom społecznościowym i całkiem sensownemu przepływowi informacji udaje mi się wyłapać gdzieś rzeczy, które przemknęły niezauważenie. 

Kto mnie zna wie też, że nie przepadam za śpiewającymi kobietami. W ogóle za kobietami, ale za tymi śpiewającymi i dodatkowo lirycznymi do bólu tym bardziej. Najczęściej są nie do odróżnienia, wszystkie przesłodkie, wszystkie zdolne, rozmemłane, cierpiące i w ogóle nudy (nie biorę pod uwagę Lady Gag czy innych Rihann, bo to nie moja bajka). Pewnie też dlatego nie zwróciłam uwagi na Birdy - i szczerze to nawet nie wiem, kto to do cholery jest.

Ale się dowiem. Ktoś, kto coveruje Bon Ivera, tego genialnego Bon Ivera, i to coveruje w taki sposób zasługuje na uwagę.

Bon Iver jest bardzo subtelny i intymny. Peterowi Gabrielowi nie udało się zaaranżować utworu Bon Ivera dobrze (zaryzykuję, że Gabriel poległ na nim). Tym bardziej dziwi, gdy jakaś młoda (przynajmniej tak wygląda) dziewczyna zrobi to dobrze, na dodatek odzierając "Skinny Love" z folkowości i delikatności na rzecz pianina i dosyć mocnego głosu. 

Na dobry cover Bon Ivera czekałam od dwóch lat. W końcu znalazłam.

Wgłębię się w to, kim jest owa Birdy, ale mam przeczucie, że nie znajdę więcej tak ciekawych rzeczy - doświadczenie uczy, że takie wykonawczynie są bardzo nierówne. Mimo wszystko "Skinny Love" w jej wykonaniu jak najbardziej warte uwagi pod warunkiem, że zna się oryginał.

niedziela, 23 października 2011

Trzy płyty


"Metals" Feist to spore zaskoczenie. O ile od dawna wiadomo, że to świetna kompozytorka, o tyle z wykonaniami i aranżacjami bywa u niej gorzej. Tym razem Feist mocniej równa poziom. Nie jest przełomowo czy zachwycająco, ale jest za to spójnie i przyjemnie.
"Metals" to całkiem ciekawa od pierwszego momentu całość, w której dosyć rozbuchane aranże (nie ma tu następcy The Park) tworzą ciekawe kompozycje z barwą głosu Feist. Nie będzie hitu na miarę "I Feel It All", i dobrze. Zdecydowanie brawniej i dojrzalej niż na "The Reminder". I w końcu z wykorzystaniem potencjału bardzo dobrych muzycznie kompozycji.

Coldplay ssie. Coldplay zaczął ssać już przy "Viva La Vida Or Death And All His Friends", ale tam przynajmniej jeszcze znośnie i momentami bardzo ciekawie. Na "Mylo Xyloto" Coldplay ssie tak, że finalnie nie wiadomo, dla kogo przeznaczony jest ten album. Nie będzie już komentarzy typu "Coldplay to genialny przykład, że w mainstreamie można robić świetną muzykę". Za mainstream a'la "Mylo Xyloto" dziękujemy.
Jest przesłodko, przewidywalnie, pompatycznie a na dodatek całość nie trzyma się przysłowiowej kupy. Na festiwale pełne nastolatek materiał jak znalazł. I nigdzie więcej. Wielkie rozczarowanie, któremu ze względu na stare czasy wypada dać i drugą i trzecią szansę. Czwartej już się odechciewa, bo można zacząć wymiotować tęczą.

"The Rip Tide" Beirutu to za to album, który z przesłuchania na przesłuchanie nabiera więcej smaczków i uroku. I chociaż pierwsze wrażenie pokazuje, że do "Gulag Orkestar" i "The Flying Club Cup" utalentowany Zach Condon i spółka oddala się coraz bardziej, ale to nie oznacza wcale, że jest gorzej. "The Rip Tide" jest po prostu przystępniejszy, może przez lżejsze niż dotychczas bałkańskie zabarwienie.
Mimo wszystko trzyma wysoki poziom, plus wypełniony jest miłymi niespodziankami i zgrabnymi kompozycjami. Jest też intymniej niż zazwyczaj, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Jednocześnie jest lżej. Ładnie to łączy się z delikatnym, specyficznym głosem Condona. Zdecydowanie album "na dłużej", choć za krótki, bo tylko 9 utworów. Chciałoby się więcej, no ale cóż - lepsze 9 dobrych kawałków niż 14 nyancatowych (patrz: "Mylo Xyloto").
Beirut jeszcze się nie kończy. Na szczęście! Nie ma chyba drugiej tak przystępnej masom formacji pseudofolkowej.




wtorek, 9 sierpnia 2011

Mogwai a Low na OFF Festivalu - megasubiektywnie.


Byłam na chwilkę na OFF Festivalu. Przyznaję się bez bicia, że pojechałam tylko na Low. No, może jeszcze przy okazji na Mogwai.
I przywiozłam pewną refleksję - co znaczy artysta offowy? Teoretycznie wiem, praktycznie to trochę dziwnie wygląda. Czy artysta offowy nie musi się na scenie nawet starać?
ja rozumiem, że muzyka ma się bronić sama w sobie itp., ale bądźmy czasem chociaż trochę krytyczni. Dla mnie koncert Mogwai był średnio udany i rozczarowujący.
Po pierwsze problemy z nagłośnieniem niezależne pewnie od zespołu. Mogwai to Mogwai, raz jest mocno jak delikatnie. W tych delikatnych, cichszych momentach przebijał się (i to dosyć znacznie) dźwięk, a raczej bity, ze sceny eksperymentalnej. Fajnie, że scena powstała, ale na moje oko ładowanie jak największej ilości scen na dosyć małym terenie nie jest zbyt inteligentne. No i wyszło na moje.
Po drugie, i chyba ważniejsze - zero kontaktu z publicznością. To można wybaczyć, ale pod warunkiem, że artyści mają charyzmę. Na przykład taka nasza rodzima Kasia Nosowska. Można lubić czy nie, ale w momencie, gdy wychodzi na scenę, staje niemal nieruchomo i po prostu śpiewa nie da się od niej oderwać oczu.
Dobra, Mogwai to instrumentaliści. Ale odniosłam wrażenie, że tacy co to przyjechali odbębnić kolejny koncert dla rzeszy fanów. Latanie niemal znudzonym po scenie i znikanie tak o nagle nie pomaga w odbiorze emocjonalnej przecież muzyki.
Tak, rozczarowałam się.
Po tym i innych koncertach miałam wątpliwosci, czy nie rozczaruję się też wyczekiwanym Low'em. Okazało się jednak, że końcowy koncert przerósł moje wszystkie oczekiwania.
Nie dosć, że to koncert, który ma bardziej czasowe luzy, to jeszcze świetny.
Muzycznie wypadło genialnie. Nie raz słuchałam transmisji z oich koncertów i obawiałam się, że zwłaszcza wokalnie będzie średnio. Jednak Alan i Mimi wykonali kawał dobrej roboty. Nie wiem, jak oni to robią, że pomimo pozornie niepasujących wokali zgrywają się jednak perfekcyjnie.
Z tych kilku koncertów występ Low był jedynyn, w którym słyszałam każde słowo czysto i wyraźnie, który od strony technicznej wypadł świetnie.
Podobało mi się też zaangażowanie. Alan oczywiście przeżywał każde słowo i każdy dźwięk. Mimika twarzy, ruchy - wszystko na to wskazywało.
I dla kontrastu Mimi - opanowana, niewyrażająca zbytnio niczym prócz głosem emocji. Razem wypadło to genialnie.
Była magia. Ludzie, z których rozmów wywnioskowałam, że nie znali wcześniej Low stali jak zaczarowani.
i tak by to trwało, gdyby nie wkroczyli organizatorzy:) Majstersztyk ze starszych i nowych materiałów. Widać, że oni kochają to, co robią, i to szczerze.
Zresztą może jestem staroświecka i wymagam zbyt wielu rzeczy.
Low z offa - fragment "When I Go Deaf"