wtorek, 21 lutego 2012

Darmowy, ładny w swej prostocie album The Donnie's and the Amy's zdecydowanie wart przesłuchania

Lubię prostotę w muzyce, chociaż stacje radiowe, internety i telewizornie chcą mi wmówić, że lubię i potrzebuję umcy-umcy.

Lubię też darmowe rzeczy, a taki jest właśnie album The Donnie's and the Amy's. 11 i pół prostych, niewymyślnych i niezbyt hitowych kawałków z bardzo miłym wokalem. Może nagrania nie powalają, ale perełki takie jak "I Told a Lie", "Just a Test" czy otwierający "Box + Clover" zdecydowanie warte są przesłuchania.

Poza tym kolejny raz odkryłam coś naprawdę ciekawego dzięki "Grey's Anatomy", serialowi, który muzycznie od samego początku stoi na wysokim poziomie. "Box + Clover" został użyty w jednym z ostatnich odcinków.
Po prostu polecam przesłuchać 2-3 razy. Warto.



niedziela, 1 stycznia 2012

2011 muzycznie, oczywiście subiektywnie jak tylko się da

Krótko i tylko to, co według mnie najważniejsze, z dosyć sporym pominięciem, no ale nie da się wszystkiego. Mam jedną, mocno subiektywną konkluzję - "nowa fala rocka" zdechła już dawno, jedynie Kaiser Chiefs jako tako trzyma poziom. "Starzy wyjadacze" nie emocjonują, a dzięki internetowi mamy dostęp do pierdyliarda nowości i odkrywamy, że często wielu nieznanych nam wykonawców robi ciekawsze i lepsze rzeczy, niż te gwiazdy. No i jeszcze to, że starzeję się. Gust muzyczny jest tego idealnym odbiciem

Keep your mind open!


Zdecydowanie tak!:

Low - C'mon




Beirut - The Rip Tide




Noah and the Whale - Last Night on Earth



Bon Iver - Bon Iver





Elbow - build a rocket boys!



Feist - Metals




Dobrze:

The Kills - Blood Pressures



Iron and Wine - Kiss Each Other Clean



Red Hot Chili Peppers - I'm With You



The Dø - Both Ways Open Jaws




Kaiser Chiefs - The Future is Medival



Pete and the Pirates - One Thousand Pictures


Cake - Showroom of Compassion







Rozczarowanie:


Arctic Monkeys - Suck It and See


TV on the Radio - Nine Types of Light


Coldplay - Mylo Xyloto


The Strokes - Angels

niedziela, 4 grudnia 2011

Graficzne przedstawienie poziomu albumów The Editors w oczekiwaniu na nowy materiał.

Nie chce mi się pisać, wszystko jasne. The Editors złamali klątwę drugiego albumu po świetnym pierwszym, za to polegli na trzecim. Z ciekawością czekam na czwarty.








środa, 16 listopada 2011

No proszę, ktoś w końcu scoverował dobrze Bon Ivera, i to kto

Ten rok jest tak dziwny, że szczerze mówiąc nie mam za bardzo czasu na odkrywanie wielu nowości muzycznych i ze wstydem przyznaję, że umyka mi bardzo, bardzo dużo. Jednak dzięki mediom społecznościowym i całkiem sensownemu przepływowi informacji udaje mi się wyłapać gdzieś rzeczy, które przemknęły niezauważenie. 

Kto mnie zna wie też, że nie przepadam za śpiewającymi kobietami. W ogóle za kobietami, ale za tymi śpiewającymi i dodatkowo lirycznymi do bólu tym bardziej. Najczęściej są nie do odróżnienia, wszystkie przesłodkie, wszystkie zdolne, rozmemłane, cierpiące i w ogóle nudy (nie biorę pod uwagę Lady Gag czy innych Rihann, bo to nie moja bajka). Pewnie też dlatego nie zwróciłam uwagi na Birdy - i szczerze to nawet nie wiem, kto to do cholery jest.

Ale się dowiem. Ktoś, kto coveruje Bon Ivera, tego genialnego Bon Ivera, i to coveruje w taki sposób zasługuje na uwagę.

Bon Iver jest bardzo subtelny i intymny. Peterowi Gabrielowi nie udało się zaaranżować utworu Bon Ivera dobrze (zaryzykuję, że Gabriel poległ na nim). Tym bardziej dziwi, gdy jakaś młoda (przynajmniej tak wygląda) dziewczyna zrobi to dobrze, na dodatek odzierając "Skinny Love" z folkowości i delikatności na rzecz pianina i dosyć mocnego głosu. 

Na dobry cover Bon Ivera czekałam od dwóch lat. W końcu znalazłam.

Wgłębię się w to, kim jest owa Birdy, ale mam przeczucie, że nie znajdę więcej tak ciekawych rzeczy - doświadczenie uczy, że takie wykonawczynie są bardzo nierówne. Mimo wszystko "Skinny Love" w jej wykonaniu jak najbardziej warte uwagi pod warunkiem, że zna się oryginał.

niedziela, 23 października 2011

Trzy płyty


"Metals" Feist to spore zaskoczenie. O ile od dawna wiadomo, że to świetna kompozytorka, o tyle z wykonaniami i aranżacjami bywa u niej gorzej. Tym razem Feist mocniej równa poziom. Nie jest przełomowo czy zachwycająco, ale jest za to spójnie i przyjemnie.
"Metals" to całkiem ciekawa od pierwszego momentu całość, w której dosyć rozbuchane aranże (nie ma tu następcy The Park) tworzą ciekawe kompozycje z barwą głosu Feist. Nie będzie hitu na miarę "I Feel It All", i dobrze. Zdecydowanie brawniej i dojrzalej niż na "The Reminder". I w końcu z wykorzystaniem potencjału bardzo dobrych muzycznie kompozycji.

Coldplay ssie. Coldplay zaczął ssać już przy "Viva La Vida Or Death And All His Friends", ale tam przynajmniej jeszcze znośnie i momentami bardzo ciekawie. Na "Mylo Xyloto" Coldplay ssie tak, że finalnie nie wiadomo, dla kogo przeznaczony jest ten album. Nie będzie już komentarzy typu "Coldplay to genialny przykład, że w mainstreamie można robić świetną muzykę". Za mainstream a'la "Mylo Xyloto" dziękujemy.
Jest przesłodko, przewidywalnie, pompatycznie a na dodatek całość nie trzyma się przysłowiowej kupy. Na festiwale pełne nastolatek materiał jak znalazł. I nigdzie więcej. Wielkie rozczarowanie, któremu ze względu na stare czasy wypada dać i drugą i trzecią szansę. Czwartej już się odechciewa, bo można zacząć wymiotować tęczą.

"The Rip Tide" Beirutu to za to album, który z przesłuchania na przesłuchanie nabiera więcej smaczków i uroku. I chociaż pierwsze wrażenie pokazuje, że do "Gulag Orkestar" i "The Flying Club Cup" utalentowany Zach Condon i spółka oddala się coraz bardziej, ale to nie oznacza wcale, że jest gorzej. "The Rip Tide" jest po prostu przystępniejszy, może przez lżejsze niż dotychczas bałkańskie zabarwienie.
Mimo wszystko trzyma wysoki poziom, plus wypełniony jest miłymi niespodziankami i zgrabnymi kompozycjami. Jest też intymniej niż zazwyczaj, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Jednocześnie jest lżej. Ładnie to łączy się z delikatnym, specyficznym głosem Condona. Zdecydowanie album "na dłużej", choć za krótki, bo tylko 9 utworów. Chciałoby się więcej, no ale cóż - lepsze 9 dobrych kawałków niż 14 nyancatowych (patrz: "Mylo Xyloto").
Beirut jeszcze się nie kończy. Na szczęście! Nie ma chyba drugiej tak przystępnej masom formacji pseudofolkowej.