wtorek, 12 maja 2015

Tej branży w tech nie traktuje się poważnie. A szkoda

O tym się za bardzo nie pisze na blogach technologicznych, a jeśli już to w lekkiej, żartobliwej formie ciekawostki. Bo przecież w męskim świecie nowoczesne seks zabawki budzą raczej podniesienie brwi, chociaż i to się już na szczęście zmienia. I dobrze, bo to rynek, który nie dość, że wprowadza innowacje czasem na ogromną skalę, to jest mocno przez media niedoceniany.
Ostatnio chciałam znaleźć opinie o pewnej zabawce. Jest o tyle ciekawa, że w 2008 roku odmieniła krajobraz wibratorów, w 2009 dodano ją do giftbagów na gali Oscarów, a w zeszłym roku zyskała połączenie ze smartfonem przez Bluetooth i możliwość zdalnej kontroli przez aplikację. Mówię o We-Vibe, wibratorze dla par. W sieci niemal nie mogę znaleźć rzetelnych recenzji i opinii, to, co się wyświetla to albo materiały reklamowe albo anonimowe wpisy, co do prawdziwości których mam sporo wątpliwości.



Tak to niestety jest z tym rynkiem. Chociaż kupujemy seks akcesoria i światowy rynek wart jest - zależnie od analiz, bo niestety nawet te są często trywializowane - od 16 nawet do 65 miliardów dolarów rocznie, to ciężko nam o tym mówić głośno, pod swoim imieniem i nazwiskiem. Temat traktowany jest jak tabu, choć nawet w Polsce rynek się rozwija i wart jest kilkanaście milionów złotych. Szacunkowo. Bo dokładnych danych brak.


Jak traktujemy nowinki technologiczne w seks gadżetach niech świadczy te kilka cytatów z jednego tekstu o wibratorze połączonym ze stymulatorem, kontrolowanym za pomocą aplikacji mobilnej. Autor wygina się jak może by unikać słowa “łechtaczka”, “pochwa” czy “punkt g”.

Pojęcie cyber seksu jest już znane od ponad dekady, kiedy to kamerki internetowe ułatwiły komunikację. Wcześniej przez telefon, a obecnie po prostu przez sieć. Taka bezkontaktowa forma „baraszkowania” na odległość. (...)G.vibe jest kolejną propozycją, gdzie rozwiązań jest wciąż niewiele. To nisza, ale pewnie niedługo… Sprzęcik przeznaczony dla kobiet. To nic innego jak wibrujący moduł do umieszczenia tam gdzie trzeba. (...)Na koniec kilka danych technicznych: kształt jaki jest każdy widzi ;) – myślę, że nie muszę tutaj pisać co i jak.“

Autor uwielbia zdrabniać, baraszkowanie, sprzęcik. No i umieszcza się go tam, gdzie trzeba. W nosie? W uchu? Co i jak każdy widzi, chociaż tak naprawdę dla każdego mniej obytego z zabawkami erotycznymi czy nawet z anatomią (a takich osób jest przerażająco dużo) nic nie jest wcale oczywiste. I po co ta emotikonka? Wiadomo - coś związane z seksem, trzeba pożartować!

My tu wciąż żartobliwie i z lekkim wstydem, tymczasem gadżety erotyczne wkroczyły w XXI wiek i to dosyć mocno. Na rynku dostępne jest coraz więcej rozwiązań wykorzystujących komunikację ze smartfonami - dzięki temu można kontrolować naładowanie baterii, tryby i moc wibracji, ale także sterować wibratorami czy stymulatorami zdalnie, samemu lub przez partnera.

We-Vibe, OhMiBod, Vibease, G.Vibe i dziesiątki innych gadżetów, takich jak kulki gejszy, potrafią porozumiewać się z aplikacjami na smartfonie i być kontrolowane zdalnie. Niektóre reagują na dźwięki i do nich dostosowują wibracje, inne dają możliwość układania “playlist”, niektóre połączone są z dodatkowymi funkcjami czatu czy erotycznych audiobooków, które dostarczają dodatkowych wrażeń.


Większość wykonana jest z wysokiej jakości medycznego silikonu, niektóre dla zapewnienia wygody i bezpieczeństwa mają na dodatek wygodne, bezproblemowe ładowanie magnetyczne w stacjach dokujących.

Branża gadżetów erotycznych stawia też na innowacje - pojawiają się całkiem nowe zabawki, takie jak pulsatory, czy nowe rodzaje anatomicznie dopasowanych stymulatorów łechtaczek do używania w parach, jak Eva. Crowdfunding wydaje się być kluczowy dla branży.

Od Vibease, przez OhMiBod po Evę właśnie - Kickstarter czy Indiegogo okazały się miejscem, w którym firmy chcące produkować seks gadżety zbierają pierwszy “feedback” i pieniądze potrzebne na rozkręcenie biznesu. Mnóstwo ze zbiórek jest udana, osiąga nawet kilkaset procent zakładanego celu. A to oznacza tylko jedno - chcemy takich gadżetów. Chcemy nowości, które służą osiąganiu fizycznej przyjemności, jesteśmy coraz bardziej otwarci na próbowanie zabaw solo czy w parze, a sam rynek potrzebuje powiewu świeżości.


Dlatego nie do końca rozumiem opór przed uznaniem gadżetów erotycznych za równe innym gadżetom urządzenia. Tym bardziej, że można spierać się o realną przydatność takich wibratorów a na przykład inteligentnych zegarków. Żyjemy w świecie, w którym kilkadziesiąt procent kobiet nie doświadcza prawie żadnej fizycznej przyjemności z seksu, a większość twierdzi, że nie potrafi osiągnąć orgazmu bez stymulacji łechtaczki. W świecie, w którym kobieta jest seksualizowana do granic możliwości - tzw. “szczucie cycem” to praktyka codzienna, a w którym jednocześnie orgazm i satysfakcja z życia seksualnego jest wciąż wstydliwa. Te same kobiety, które wyginają się na billboardach na reklamach nowych zupek chińskich odziane w kuse szorty i staniki wciąż pytają, czy przesyłka ze sklepu dla dorosłych przyjdzie dyskretnie opakowana, bo jest to temat tabu.

Jest coraz lepiej, bo nawet w sieciach drogeryjnych od kilku lat w stałym asortymencie pojawiają się wibratory Dureksa czy nakładki wibracyjne. Czyli jakiś popyt jest, jest też coraz większa akceptacja.

Jednak szukając opinii o interesującym mnie gadżecie wciąż trafiam albo na materiały reklamowe, albo ewentualnie na blogi pisane przez anonimowych, przyjmujących ksywki niczym z filmów pornograficznych z lat 70 osobników, o których wiarygodności nic nie wiem.

A potem czytam newsy obiegające świat o wibratorze stworzonym z inspiracji pewną wdową. Wibratorze, w środku którego można umieścić prochy zmarłej osoby. I przestaję dziwić się, że traktujemy tę branżę z przymrużeniem oka.

środa, 29 kwietnia 2015

Lincz śniadaniowy

Młody Chajzer znowu atakuje, wespół z TVN-em i nawet Prokopem nazywającym Witkowskiego głupkiem. Dzisiaj przewija mi się to przez social media, jakby to było istotne. Młody Chajzer poszedł do centrum Warszawy pokazywać młodym ludziom symbol SS i dziwił się, że młodzi ludzie w większości nie znają takiego symbolu. Wniosek z materiału - młodzi ludzie są głupimi ignorantami, wiocha normalnie. Trochę wiocha, bo okazuje się, że nasza edukacja nie potrafi przedstawić nowoczesnej historii, historii drugiej wojny światowej i nazizmu w sposób, który zostanie w głowie na więcej, niż sprawdzian. Jednak brzydzi mnie, jak to zrobiono, jak jednoznacznie podsumowano problem.

Otóż przykro mi, ale akurat TVN powinien trochę powstrzymać się z ocenianiem ludzi i ich ignorancji, bo sam odegrał niemałą rolę w siekaniu mózgów i tworzeniu wizji cukierkowo-blogerowo-ignoranckiego świata pełnego big brotherów i gwiazdek, świata w którym najważniejsze są ratingi programów o niczym, prodżektów ranałej, kuchennych rzygolucji, małych gigantów wykorzystujących dzieci w sposób, którego nie życzyłabym dorosłym, jukandensów, mężów czy nie mężów i innych perfekcyjnych pań domu u których na twarzy maluje się obrzydzenie na widok tego, jak żyją przeciętni Polacy (posiłkowałam się stroną TVN-u, same gówna, nic, co ma jakąkolwiek wartość edukacyjną czy choćby emocjonalną wyższą niż plastikowy talent show). Świat TVN-u, nawet ten informacyjny, to świat oderwany od rzeczywistości i problemów.

Z takiej perspektywy łatwo jest oceniać ludzi, którzy wychowali się gapiąc się w ekran, na taki TVN i tefałenowo podobne twory. Łatwo wytknąć palcem z przekazem "głupi ludzie". To się ogląda. Problem w tym, że to owi "głupi ludzie" stanowią większą część widzów stacji.

 Przypomina mi się pewna sytuacja z liceum. Stałam z koleżanką na fajce, planowałyśmy wyprawę do Auschwitz, do muzeum. Dołączyła jej koleżanka - taka, która jak usłyszała że ludzi bez lub z delikatnym makijażem na egzaminach traktuje się poważniej przyszła do szkoły raz bez makijażu i prawie nikt jej nie poznał - i gdy usłyszała o czym rozmawiamy zapytała z pełną powagą i przerażeniem w oczach, czy będziemy bezpieczne w tym Oświęcimiu i czy to zabijanie i mordowanie już się tam nie odbywa. Tuż po przerabianiu w szkole materiałów na te tematy. Dziś owa koleżanka jest kosmetyczką, ma męża, bodajże dziecko, zarabia sporo za granicą i poziom jej satysfakcji z życia jest pewnie kilka razy wyższy, niż mój. I nie martwić się o przyszłość ludzkości.

Może i nie ma pojęcia, co to SS, może nawet i powinna mieć, ale jej to niepotrzebne. Kimże jestem ja, by oceniać ją przez pryzmat wiedzy, kimże jest Chajzer czy Prokop, by nazywać ją głupią. Tym bardziej, że gdyby trzeba było, mogłabym się spierać co do przydatności poszczególnych dla społeczeństwa.

sobota, 7 marca 2015

8 marca

8 marca 2010 roku zapamiętam chyba do końca życia. Chociaż moja pamięć jest bardzo słaba i nie potrafię przywołać wielu innych momentów, często tych bardzo ważnych, 8 marca w mojej głowie jest wciąż ostry jak brzytwa. 8 marca 2010 roku zmarł mój tata. Dopiero 5 lat później zdaję sobie sprawę, że śmierć jest dla pozostawionych okazją do bycia egoistycznym. Ba, wymaga wręcz myślenia o sobie, bo przecież ci, którzy odeszli nie istnieją już nigdzie prócz pamięci pozostawionych.
Kilka razy próbowałam. Nieśmiało wspominałam o moim tacie, o śmierci, ale przeważnie tylko o nim - o tym, jaki był za życia, że mi go brakuje. Ten dzień, 8 marca, pozostawał zawsze dla nie. Poczucie winy, nawet jeśli irracjonalne, napędza się śmiercią bliskich, bo wtedy człowiek jest najwrażliwszy i odsłonięty.
Moje poczucie winy mówi mi, że nie było mnie przy tacie, gdy umierał. Nie dość, że w pracy nie odbierałam telefonu gdy dostał wylewu i przyjechałam z Wrocławia dopiero na koniec dnia, to po tygodniu odwiedzin w szpitalu, odwiedzin człowieka, który w śpiączce nie przypominał mojego taty, po tygodniu strachu, ciszy i cichej nadziei że kolejne operacje, kolejne szpitale pomogą dałam namówić się mamie na powrót do miasta, do pracy. Wróć do pracy i znajomych, nic tu po tobie, wróć do życia, tak mi mówiła. W końcu jej się udało.
Dzień później wybrałam się po pracy ze znajomą i przyjacielem do knajpy. Dzień kobiet, odciągali moje myśli, próbowali. Pożegnanie i telefon. W słuchawce moja babcia. “Już nie cierpi, już koniec”. Pamiętam, że po sekundzie milczenia padłam na kolana w przejściu podziemnych, wśród tłumu ludzi, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Chyba zawyłam. Pamiętam każdy szczegół tego, co stało się później. Telefony, noc spędzona na kanapie u przyjaciela, ta niezręczność i “przykro mi”, wyczerpanie płaczem, milion myśli i strach. Niesamowity strach, co będzie później. Świadomość, że jeszcze tego nie czuję, ale to przyjdzie, tęsknota nie do opisania, zmiany w całym życiu. Nagłe usunięcie gruntu spod nóg, upadek złudzenia, że tato jest zawsze, że będzie jeszcze przynajmniej przez jakieś 20 lat.
Pamiętam przygotowania do pogrzebu, sam pogrzeb. Pierwszy raz ja jako ta silna, która musi wspierać mamę, ogarniać. I pragnienie, by był ktoś bliski tylko dla mnie. Pragnienie seksu, chyba by tylko oderwać myśli. Ulgę, że przyjechał przyjaciel. Dla mnie. On rozumiał. Sam przeszedł to dwa lata wcześniej. Rozumiał. Zimno. Mnóstwo, mnóstwo ludzi. Smutek, bo ci ludzie z różnych stron kraju i świata tylko świadczyli, że mój tato był dobrym, kochanym człowiekiem, który odszedł za wcześnie.
Pamiętam poczucie winy. Jedno, że moje myśli są takie samolubne, że przecież zmarł mój tato a ja myślę tylko o sobie. Jak mi go będzie brakować, że ci ludzie składający kondolencje powinni zniknąć i zostawić mnie w spokoju bo i tak nie wiedzą, że jak jak ja poradzę sobie bez taty. Nikt mi wtedy nie powiedział, że trzeba być samolubnym, że to konieczne by wrócić do jako takiej normalności.
Drugie poczucie winy dopiero kiełkowało. Nie było mnie przy nim w ostatnich chwilach. Gdy mój tata umierał z tymi cholernymi rurkami, ja pewnie w tym momencie siedziałam ze znajomymi przy kolacji i piwie. To poczucie winy prześladuje mnie do dziś.
I nie wiem, czy to kumulacja win i mojego introwertyzmu czy jeszcze czegoś innego, ale od tamtego czasu, mimo ogromnej chęci, nigdy nie wyrzuciłam tego z siebie. Wróciłam do pracy i nie reagowałam na wszystkie “przykro mi”, zerwałam wiele kontaktów, chociaż bolało nowo poznanym osobom nie wspominałam o świeżej ranie. Traktowałam to jak sekret, do którego dopuszczam nielicznych i i tak potem uciekam. Raz jeden rozkleiłam się przy przyjacielu-współlokatorze, pijana, i to było takie dobre - oczyszczające przytulenie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej. Nie mam prawa.
5 lat zajęło mi zrozumienie, że po śmierci bliskiej osoby nie pozostaje nam nic innego, jak być samolubnym. Bliskiego już nie ma - nie obchodzi go doczesność. Nie obchodzi go jak tęsknimy. Jedyne co zostaje to pamięć o nim i bolesny brak. Ale tym razem to my zostaliśmy - my musimy iść dalej. Bez bufora, bez wyrzucenia na zewnątrz bólu i wściekłości, bez pozwolenia sobie na chwilę głośnego cierpienia, które może i narzuci się innym ale co z tego, będziemy cierpieć skrycie. Dłużej.
Kiedyś i ja odejdę. Być może zostawię kogoś bliskiego. Chcę, by ten ktoś był wtedy samolubny do granic możliwości. Wściekał się na mnie, płakał, otworzył się przed kimś. Dzięki temu ze stanu bolesnego opętania szybciej przejdzie do nieustannego, ale już nie tak dominującego stanu tęsknoty. Chcę, żeby opowiedział komuś jak się czuł, co robił i jak zareagował. O sobie. O tym, jak bardzo brakuje. To pomaga.
Chcę, żebyśmy pozbyli się poczucia winy i potrafili o śmierci mówić szczerze i głośno. Żeby nie była tabu i konwenansem. Bo w głowie pojawia się wtedy tak dużo, tak dużo potem wraca i podświadomie definiuje w którą stronę i jak idziemy dalej, że im szybciej i głośniej nauczymy się o tym mówić i pozbędziemy się najważniejszych rzeczy, tym lepiej dla przyszłości.


I żebyśmy wiedzieli, że taka samolubność nie oznacza, że nie kochaliśmy. Czasem po prostu nie da się już nic więcej zrobić. Czasem pozostaje tylko otworzyć się i być przez chwilę wrażliwym. Myśleć tylko o sobie.

czwartek, 5 lutego 2015

Odcienie

Scena 1
W jakimś żółtym dresie na tym zimnie,  uśmiechnięta przeprasza i pyta czy nie przeszkadza w czymś ważnym. Floody na Twitterze nie są ważne,  uśmiecham się do niej. Mówi, że jest bezdomniaczką - że jest ich kilku takich bezdomniaków. Nie. Nie jest nietrzeźwa,  wręcz odwrotnie - bardziej trzeźwej i sensownie do mnie mówiącej osoby nie spotkałam od co najmniej kilku,  jak nie kilkunastu godzin.
Gdy mówi,  zaczynam zastanawiać się czy wstawać i iść kupić jej coś do jedzenia i dostrzegam, że z torby którą trzyma pod ramieniem wystaje głowa. Żywa.
Pytam. Głaszczę czarną głowę z mądrymi ślepkami, która okazuje się głową ośmiotygodniowej suni.
Słyszę, że razem z bezdomniakami znaleźli ją niecałe dwa tygodnie temu w śmietniku. Zawiniętą w jakiś worek, wyrzuconą jak śmieć. Pojechałaby na wysypisko.
Zawsze to na mnie działa.  Rozmawiamy,  rozmawiamy o psach,  bezdomniaczka mówi,  że zebrali w zeszłym tygodniu na weterynarza - 80 zł za szczepienia dla małej, drogo no ale trzeba przecież.
Pytam, jak sobie radzą.  Mówi,  że zajęli jakiś pustostan,  mają nawet jakiś piec i naprawdę nie jest źle. I że ludzie bywają dobrzy - na to odchyla torbę w której śpi sunia i pokazuje,  że piesek ubrany jest w.. kurteczkę.  Słyszę,  że jakaś pani dała specjalnie dla niej.
Jakoś widzę w jej oczach, że sunia będzie szczęśliwym psem bezdomniaków. I że chyba nie ma co się martwić. Kończymy podejściem do spożywczaka.  Jakaś taka podbudowana jestem. Dawno nie spotkałam tak trzeźwej umysłowo osoby, może dlatego że wszyscy trzeźwo myślący wypadają z obiegu? Ona znowu przeprasza, jeśli przeszkodziła. Uśmiecha się uśmiechem najmocniej po ziemi stąpającego człowieka ever. Wiem, że wie kiedy uciekać ale wciąż wierzy w ludzi i przez chwilę chcę być jak ona, nawet jeśli to znaczy zostanie bezdomniakiem.
Scena 2

Nocny autobus zatrzymuje się w międzymieście.  Budzę się,  patrzę na wchodzących ludzi. Nagle pojawia się on - w głowie od razu pojawia mi się "dziad borowy". Z brodą,  brudny, kurczowo trzymający się reklamówki,  jakby ta miała mu zaraz uciec. 
Oh shit. Siada niedaleko. Ten smród,  ten najgorszy smród jaki w życiu czułam dociera dopiero po chwili. Mija kilka sekund, a ja już przeprowadziłam bogaty dialog sama ze sobą, w mojej głowie. Nie. Niefajnie, niefajnie dyskryminować, facet śmierdzi czym, czego jeszcze u bezdomnych nie czułam,  rozumiem że bezdomny ale inni potrafią utrzymać smród jako tako na wodzy. Nie.
Po 3 sekundach już zbieram swoje graty i chcę uciekać, nie patrzę, chcę wymiotować i już czuję jak mój wcześniejszy wybryk kulinarny popity piwem, piwem które wietrzeje ze mnie właśnie teraz, jak ten wybryk podchodzi mi do gardła.
Nie patrzę. I już gdy się podnoszę podchodzi pan z obsługi. Staje obok, widzę w jego niemiłej twarzy szybki kaprys obrzydzenia, ułamek sekundy ale go widzę. Mówi twardo - człowieku,  wyjdź. Człowiek nic. Pan z obsługi ma kolejny moment wahania - wiem, że teraz przez głowę przemknęła mu wizja wyciągania dziada bojowego siłą, dotykania go.
Zakrywam swój nos, czuję jakieś upokorzenie, nie mam pojęcia dlaczego. "Wyjdź stąd". Człowiek odpowiada coś szybko, dziwnym głosem jak wstydliwy uczniak złapany na gapieniu się na świerszczyki, że czeka na brata. "Wyjdź".
Zrobiłam źle.  Zerknęłam, nie wytrzymałam. Dziad jedną dłonią trzyma się torby,  drugą rytmicznie grzebie sobie w sztywnych od brudu spodniach.
Teraz mam ochotę krzyczeć.
Jestem winna popatrzenia.
Dziad wychodzi ale smród i obrzydzenie zostaje. Mam wrażenie,  że wszystko zrobiło się lepke i ohydne. Nigdy więcej nie chcę już myśleć o seksie!  To ohydne! Pal licho moje postanowienie wstrzymania się na jakiś czas, NIGDY WIĘCEJ.
Widzę przez okno,  jak dziad borowy stoi i zagląda do śmietnika dalej grzebiąc w spodniach. Uciekam wzrokiem. Przecież to zbyt ohydne.
Mimo, że wiem, że to człowiek potrzebujący pomocy i leczenia. Zapomniany przez wszystkich. Jestem pierdoloną hipokrytką I wstyd mi za siebie.
Wciąż chce mi się wymiotować, czuję ścisk w gardle.
Na miejsce w którym siedział dziad borowy nagle siada jakaś parka. Za późno. Poza tym tak czy siak.

niedziela, 18 stycznia 2015

Na kandydaturę pani Ogórek wypadałoby teraz spuścić zasłonę milczenia

Ok. Bzdury. Zgadzam się tylko z tym, że trzeba pozbyć się umów śmieciowych, tylko trzeba robić to rozsądnie i stopniowo, a nie jednym cięciem. Sądząc z zapału pani "kościół ma pozytywny wpływ na Polskę" Ogórek, najchętniej zrobiłaby to już teraz, zaraz, nieprzemyślanie i tak, żeby obciążyć najmnocniej małe biznesy. Można też tak wnioskować po tym: – Chcę stworzyć system poręczeń i ubezpieczeń, by znieść jakąkolwiek karalność wykroczeń gospodarczych przez pierwsze dwa lata działalności gospodarczej dla osób poniżej 25. roku życia. Nauczmy młodzież ryzykować, bo młodzież na Zachodzie ryzykuje i rozwija się – powiedziała.

TAAAAK. Już widzę tę młodzież, zapaloną do kombinowania, podstawianą na słupa. Po chuj uczyć odpowiedzialności, skoro można uczyć ryzyka? PRZECIEŻ WIADOMO, ŻE KAŻDY CHCE BYĆ KOLEJNYM MARKIEM ZUCKERBERGIEM! Zróbmy se w Polsce Krzemowo-cebulową dolinę znosząc odpowiedzialność dla młodych ludzi.

Pani Ogórek nie potrafi dobrze łączyć faktów. Dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele. Niby widzi konkretne problemy, ale ni cholery nie ma pojęcia, z której strony się za nie zabrać.

Na przykład walka z kiepską sytuacją pracowników w Polsce przez pomoc dla biznesu. Fajnie. Tylko, że pomoc dla biznesu bez stymulowania zatrudnienia i dobrej polityki inwestowania w pracownika,b w Polsce poskutkuje tylko jeszcze większym wykorzystywaniem i tak już wypranego mózgowo pracownika. Tego samego, który nie chce walczyć o swoje, krzyczy, że nie potrzebuje składek zdrowotnych, w internecie chwali dziki kapitalizm i nienawidzi każdego, kto ma czelność szepnąć, że może coś mu się należy, jakaś ochrona, że może ma jakieś prawa? Nic to - dajmy więcej ulg biznesowi, biznes zadba o pracownika!

Nie wiem, jak ma się emigracja do faktu, że trzeba obniżyć podatki, tak żeby pracodawcom nie opłacało się zatrudniać na czarno, a jednocześnie pozbyć się umów śmieciowych i - o ironio - zadbać o to, by pomagać młodym na rynku kredytowym i mieszkaniowym. Trochę się to wyklucza, nie? Obniży się podatki, ale zwiększy pomoc? A kasę weźmie się z, za przeproszeniem, dupy? Albo opodatkuje się mocniej wszystkich zwiększając VAT czy akcyzy? No chyba, że pani Ogórek chce, żeby zamiast na umowę o dzieło rosła liczba "zatrudnianych" na własną działalność. Bo tak skończy się obniżanie podatków dla pracodawców i pomaganie w zakładaniu działalności bez ryzyka. A kasę trzeba będzie skądś wziąć.

Owszem. Mamy skomplikowany system prawny, w wielu miejscach poważnie utrudniający życie przeciętnych i najmniej zamożnych obywateli. To prawda, że trzeba byłoby pomyśleć, jak to usprawnić, ale może zamiast "pisać prawo od nowa" spróbować dać przykład w jakiejś konkretnej działce? Na przykład usprawnić cały system pomocy społecznej, który wraz z walką z bezrobociem i przeznaczaniem środków na rzeczy z dupy zamiast kierowania ich tak, by stymulować rynek i faktycznie pomagać służy wtapianiu i tak małych środków "państwa dobrobytu" w miejsca, gdzie nie działają?

Gwardia Narodowa? Buahahah.

Wstyd, że zdechła polska pseudolewica wystawia taką kandydatkę, że PiS - z czysto społecznego punktu widzenia - jest bardziej lewicowy w kwestii gospodarki i pomysłu na przyszłość, niż lewica per se.

Kandydatka na prezydenta SLD nie ma pomysłu na nic, nie potrafi dobrze zdiagnozować żadnego problemu, zaproponować rozwiązań, które mają jakąkolwiek szansę na działanie.  Wstyd, że i tak media będą ją promować, bo to, co wypadałoby teraz zrobić, to spuścić zasłonę milczenia i udawać, że pani Ogórek jako kandydatka na prezydenta nie istnieje.

http://www.tvp.info/18489461/ogorek-pomysl-na-polske-obnizyc-podatki-utworzyc-armie-ochotnicza-i-napisac-prawo-od-nowa

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,17273809,Magdalena_Ogorek_postuluje_powolanie_gwardii_narodowej_.html#Czolka3Img