Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wibratory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wibratory. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

Jeszcze nie miałam wibratora, który potrafi się zawiesić - recenzja We-Vibe 4 Plus

Kończysz używać nowoczesny, wypasiony wibrator, który kontrolujesz aplikacją. Wciskasz przycisk stopu, a tu nic. Jak wibrował, tak wibruje. Baterii prawie 70 procent, nie pomaga naciskanie przycisku, kombinacje z aplikacją - nie da się połączyć. Ot, nowoczesne zabawki erotyczne. Taka sytuacja. Prawdziwa.




Uwielbiam We-Vibe 4 Plus, chociaż okazało się, że w swoim głównym przeznaczeniu się nie sprawdził. Za to odkryłam całkiem inne sposoby wykorzystania i przestałam żałować zakupu.

Na We-Vibe’a czaiłam się od bardzo dawna. Poprzednie wersje wibratora dla par sterowane były bardziej tradycyjnie, przyciskiem, potem pojawiła się opcja zdalnego pilota. Jednak to wciąż było nie do końca to, co mogło przekonać mnie do wydania kilkuset złotych. W zeszłym roku zaprezentowano We-Vibe 4 z wersją Plus sterowaną za pomocą aplikacji mobilnej, z nieco zmniejszonym i ulepszonym kształtem. Moja miłość do gadżetów elektronicznych i do gadżetów erotycznych połączyły siły i nie miałam wyjścia, musiałam go sobie sprawić.

We-Vibe to wibrator najpopularniejszy wibrator dla par. Ma dwa niezależne silniczki wibrujące w dwóch częściach - jednej mniejszej do stymulowania wnętrza pochwy i większej do stymulowania łechtaczki i okolic. Wersja 4 Plus ma do tego Bluetootha, który służy do obsługi za pomocą aplikacji. Interesujące jest to, że wibrator kontrolować można także całkiem zdalnie, na przykład podczas wirtualnej zabawy z partnerem.

Zaskoczył mnie niezwykle mały rozmiar We-Vibe. WIbrator mieści się w dłoni. Wykonany jest z przyjemnego w dotyku, nieco “zamszowego” silikonu” i nie ma żadnych portów, bo ładowany jest indukcyjnie w eleganckiej podstawce z wejściem micro-USB. Części z silniczkami połączone są elastycznym pałąkiem. Na tyle elastycznym, że nie sprawia ·żadnych problemów przy używaniu.


Na górnej, łechtaczkowej części wibratora znajduje się przycisk, ale mówiąc szczerze do teraz nie wiem, jak obsługuje się nim tryby i intensywność wibracji. Do tego używam aplikacji.

Sam pomysł aplikacji przy zabawach erotycznych i samym seksie na początku wydawał mi się nieco dziwny. Obawiałam się, że aplikacja będzie rozpraszać, odciągać uwagę, jednak nie mogłam mylić się bardziej. Interfejs jest logiczny i prosty, na tyle przejrzysty, że po kilku minutach porusza się po nim bez chwili zastanowienia.





We-Vibe 4 Plus oferuje więcej trybów działania, niż wersje z pilotem, bo aż 10 wobec 6. Tryby polegają na sposobie wibracji obu silniczków. Tryb klasyczny to wibracja obu części jednocześnie, reszta to modyfikacje, np. wibracji ciągłej części łechtaczkowej z przerywaną, pulsacyjną wibracją części pochwowej i tak dalej.

Każdy tryb ma 10 stopni w skali mocy, dodatkowo wibracje ciągłe można kontrolować ręcznie, z mocą obu części ustawianą niezależnie.

W aplikacji dostępne jest sporo dodatków, jak samouczek i pomoc, a także tryb tworzenia własnych “My Vibe”. Użytkownik dostaje dobrze przemyślany kreator wibracji, może wybierać z tych już dostępnych, określać ich czas i długość trwania i cieszyć się zmieniającymi się trybami bez konieczności interakcji z aplikacją.


 





W samouczku polecono, bym najpierw przetestowała We-Vibe sama, przyzwyczaiła się do niego i go poznała. Tak więc zrobiłam.

We-Vibe ma uniwersalny chyba problem zabawek erotycznych - jeden kształt nie dopasuje się do wszystkich ciał i niestety tego doświadczyłam. O ile część pochwowa jest w porządku, o tyle górna mogłaby być nieco większa, z pewnością dostarczyłaby mi więcej przyjemności. Poza tym mam też niewielki, ale mimo wszystko obecny problem ze stabilnością We-Vibe. Kończy się więc na tym, że tak jak każdą zabawkę, tak i We-Vibe muszę jednak kontrolować ręcznie.

Pierwsze razy nie zachwycały, miałam już lepsze gadżety. Jednak urok We-Vibe tkwi w uniwersalności, przyzwyczajeniu się do niego i oczywiście znajomości własnego ciała. Wibratora można używać niekoniecznie tak, jak pokazano na obrazku i nie ma do tego przeciwskazać dopóki nie wygina się za mocno części łączącej oba człony. Można więc eksperymentować i korzystać z niego tak, by czerpać najwięcej przyjemności.

Po kilku razach poznałam We-Vibe na tyle, że zaczęłam czerpać z niego więcej radości. Jednoczesna stymulacja tzw. punktu G oraz łechtaczki to przecież najlepszy sposób, choćby podczas stosunku, żeby osiągnąć orgazm. Sprawdza się!






Zadziwiająco szybko psychicznie przyzwyczaiłam się do tego wibratora. Uwielbiam takie konstrukcje - minimalistyczne, eleganckie i proste, które niekoniecznie krzyczą “służę do seksu!” jak wiele innych wibratorów. We-Vibe nie odstrasza, nie onieśmiela i nawet niedoświadczeni w zabawkach erotycznych użytkownicy powinni się do niego szybko przyzwyczaić.

Siła wibracji jest wysatrczająca, choć poziom 10 - maksymalny - fanom mocniejszych wrażeń może pozostawić niedosyt. Jednak 10 stopni mocy i 10 trybów to genialne rozwiązanie, bo umożliwia stopniowanie doświadczeń, do czego zachęca też całkiem wytrzymała bateria. 2-3 godziny intensywnego zmieniania trybów i mocy to minimum We-Vibe.

Doskonale rozumiem, dlaczego We-Vibe reklamowany jest jako wibrator dla par, chociaż całkiem dobrze sprawdza się przy zabawie w pojedynkę. Przeznaczenie dla par to wyróżnik, poza tym gdyby zaprojektowano go do zabaw solo, We-Vibe miałby z pewnością szerszą część dopochwową.

Zanim jednak użyłam We-Vibe z partnerem przetestowałam coś innego, coś co bardzo intrygowało mnie ze względu na erę mobilności, wirtualnego seksu i smartfonów.

Chodzi o tryb zdalnego sterowania. We-Vibe można kontrolować także na odległość - wysyła się partnerowi specjalnego linka z aplikacji, partner pobiera swoją aplikację na smartfona i może kontrolować tryby i wibracje. Za każdym razem jednak użytkownikowi z wibratorem wyświetla się powiadomienie, że partner chce przejąć kontrolę nad urządzeniem, co jest bardzo, bardzo sensownym rozwiązaniem.

Osoby, które nigdy nie uprawiały seksu przez internet mogą jednak poczuć się przytłoczone parowaniem aplikacji i samym używaniem wibratora w ten sposób. Umówmy się - samo złożenie propozycji nie jest bardzo romantyczne. “Przejmiesz kontrolę nad moim wibratorem?” może trochę zbić z tropu:)  A potem trzeba jeszcze wytłumaczyć, jak działa We-Vibe i koniecznie - koniecznie! - poinformować partnera, co się lubi, jak odczuwa się dane wibracje. Dlatego tak ważne jest poznanie wibratora solo i swobodna, naturalna relacja.

Jednak gdy przeskoczy się te przeszkody, gdy opowie się o We-Vibe, to reszta należy do wyobraźni. Niektórzy lubią wideoseks, inni wolą bardziej tradycyjny seks w trybie tekstowym (jestem fanką) i zwłaszcza przy tym drugim polecam informowanie partnera o wrażeniach z jego przejęcia kontroli nad We-Vibe na żywo.

Partner przyznał, że to ciekawe przeżycie i sama myśl, że zdalnie przejął kontrolę, że ma tak namacalny wpływ na odczuwany poziom przyjemności jest bardzo podniecająca. A po pierwszym razie każdy następny robi się bardziej naturalny i komfortowy.

Stałam się fanką zdalnie sterowanych zabawek erotycznych! Bo ta myśl, odczucie i niepewność co partner zrobi za chwilę jest wspaniała.

Największy minus We-Vibe, o dziwo, to dla mnie… używanie urządzenia w parze. Wspomniana wyżej nie do końca pełna kompatybilność anatomiczna sprawia, że wibrator podczas stosunku nie jest tak stabilny, jakbym tego chciała. Słowem potrafi wypaść. A to jest nie tylko mało komfortowe, ale odbiera część przyjemności - zamiast cieszyć się seksem próbowaliśmy uprawiać go tak, żeby wibrator nie wypadł!

Mimo tego, że dolna część jest naprawdę niewielkich rozmiarów, to przeszkadzała partnerowi i zawadzała. Stwierdził, że wibracje są mało odczuwalne, nawet przy największej mocy, za to wrażenie i odczucie, że coś tam zawadza bardzo go rozpraszało.

Będę jeszcze próbować, jednak dla nas sens istnienia We-Vibe okazał się lekkim bezsensem, jak wszystkie pierścienie i inne wymysły. Sama też specjalnie nie odebrałam We-Vibe pozytywnie w parze, wszystko było zbyt niestabilne.

Dziwnie to zabrzmi, ale wydaje mi się, że wibrator sprawdziłby się lepiej podczas stosunku, gdyby… partner miał mniejszego penisa. Prawdopodobnie nie zawadzałby o wibrator, nie przesuwałby się też tak mocno.

Okazało się więc, że We-Vibe jest zabawką bardziej dla mnie niż dla nas, mimo wszystko nie żałuję zakupu. Połączenie ciekawej, dosyć innowacyjnej zabawki ze smartfonem jest wspaniałe, do tego wykonanie nadaje całości smaczku. Możliwość umycia wibratora pod bieżącą wodą, magnetyczne ładowanie, satynowa elegancka torebka na całość i nawet rejestrowanie wibratora przy pierwszym włączeniu aplikacji dają poczucie, że posiada się przedmiot klasy premium. I to taki, który potrafi dać niesamowitą przyjemność, z którym zrasta się coraz bliżej po każdym użyciu.

Anegdota ze wstępu jest prawdziwa. Wciąż nie wiem, co o tym sądzić, jeszcze nigdy nie zawiesił mi się wibrator.¯\_(ツ)_/¯

wtorek, 12 maja 2015

Tej branży w tech nie traktuje się poważnie. A szkoda

O tym się za bardzo nie pisze na blogach technologicznych, a jeśli już to w lekkiej, żartobliwej formie ciekawostki. Bo przecież w męskim świecie nowoczesne seks zabawki budzą raczej podniesienie brwi, chociaż i to się już na szczęście zmienia. I dobrze, bo to rynek, który nie dość, że wprowadza innowacje czasem na ogromną skalę, to jest mocno przez media niedoceniany.
Ostatnio chciałam znaleźć opinie o pewnej zabawce. Jest o tyle ciekawa, że w 2008 roku odmieniła krajobraz wibratorów, w 2009 dodano ją do giftbagów na gali Oscarów, a w zeszłym roku zyskała połączenie ze smartfonem przez Bluetooth i możliwość zdalnej kontroli przez aplikację. Mówię o We-Vibe, wibratorze dla par. W sieci niemal nie mogę znaleźć rzetelnych recenzji i opinii, to, co się wyświetla to albo materiały reklamowe albo anonimowe wpisy, co do prawdziwości których mam sporo wątpliwości.



Tak to niestety jest z tym rynkiem. Chociaż kupujemy seks akcesoria i światowy rynek wart jest - zależnie od analiz, bo niestety nawet te są często trywializowane - od 16 nawet do 65 miliardów dolarów rocznie, to ciężko nam o tym mówić głośno, pod swoim imieniem i nazwiskiem. Temat traktowany jest jak tabu, choć nawet w Polsce rynek się rozwija i wart jest kilkanaście milionów złotych. Szacunkowo. Bo dokładnych danych brak.


Jak traktujemy nowinki technologiczne w seks gadżetach niech świadczy te kilka cytatów z jednego tekstu o wibratorze połączonym ze stymulatorem, kontrolowanym za pomocą aplikacji mobilnej. Autor wygina się jak może by unikać słowa “łechtaczka”, “pochwa” czy “punkt g”.

Pojęcie cyber seksu jest już znane od ponad dekady, kiedy to kamerki internetowe ułatwiły komunikację. Wcześniej przez telefon, a obecnie po prostu przez sieć. Taka bezkontaktowa forma „baraszkowania” na odległość. (...)G.vibe jest kolejną propozycją, gdzie rozwiązań jest wciąż niewiele. To nisza, ale pewnie niedługo… Sprzęcik przeznaczony dla kobiet. To nic innego jak wibrujący moduł do umieszczenia tam gdzie trzeba. (...)Na koniec kilka danych technicznych: kształt jaki jest każdy widzi ;) – myślę, że nie muszę tutaj pisać co i jak.“

Autor uwielbia zdrabniać, baraszkowanie, sprzęcik. No i umieszcza się go tam, gdzie trzeba. W nosie? W uchu? Co i jak każdy widzi, chociaż tak naprawdę dla każdego mniej obytego z zabawkami erotycznymi czy nawet z anatomią (a takich osób jest przerażająco dużo) nic nie jest wcale oczywiste. I po co ta emotikonka? Wiadomo - coś związane z seksem, trzeba pożartować!

My tu wciąż żartobliwie i z lekkim wstydem, tymczasem gadżety erotyczne wkroczyły w XXI wiek i to dosyć mocno. Na rynku dostępne jest coraz więcej rozwiązań wykorzystujących komunikację ze smartfonami - dzięki temu można kontrolować naładowanie baterii, tryby i moc wibracji, ale także sterować wibratorami czy stymulatorami zdalnie, samemu lub przez partnera.

We-Vibe, OhMiBod, Vibease, G.Vibe i dziesiątki innych gadżetów, takich jak kulki gejszy, potrafią porozumiewać się z aplikacjami na smartfonie i być kontrolowane zdalnie. Niektóre reagują na dźwięki i do nich dostosowują wibracje, inne dają możliwość układania “playlist”, niektóre połączone są z dodatkowymi funkcjami czatu czy erotycznych audiobooków, które dostarczają dodatkowych wrażeń.


Większość wykonana jest z wysokiej jakości medycznego silikonu, niektóre dla zapewnienia wygody i bezpieczeństwa mają na dodatek wygodne, bezproblemowe ładowanie magnetyczne w stacjach dokujących.

Branża gadżetów erotycznych stawia też na innowacje - pojawiają się całkiem nowe zabawki, takie jak pulsatory, czy nowe rodzaje anatomicznie dopasowanych stymulatorów łechtaczek do używania w parach, jak Eva. Crowdfunding wydaje się być kluczowy dla branży.

Od Vibease, przez OhMiBod po Evę właśnie - Kickstarter czy Indiegogo okazały się miejscem, w którym firmy chcące produkować seks gadżety zbierają pierwszy “feedback” i pieniądze potrzebne na rozkręcenie biznesu. Mnóstwo ze zbiórek jest udana, osiąga nawet kilkaset procent zakładanego celu. A to oznacza tylko jedno - chcemy takich gadżetów. Chcemy nowości, które służą osiąganiu fizycznej przyjemności, jesteśmy coraz bardziej otwarci na próbowanie zabaw solo czy w parze, a sam rynek potrzebuje powiewu świeżości.


Dlatego nie do końca rozumiem opór przed uznaniem gadżetów erotycznych za równe innym gadżetom urządzenia. Tym bardziej, że można spierać się o realną przydatność takich wibratorów a na przykład inteligentnych zegarków. Żyjemy w świecie, w którym kilkadziesiąt procent kobiet nie doświadcza prawie żadnej fizycznej przyjemności z seksu, a większość twierdzi, że nie potrafi osiągnąć orgazmu bez stymulacji łechtaczki. W świecie, w którym kobieta jest seksualizowana do granic możliwości - tzw. “szczucie cycem” to praktyka codzienna, a w którym jednocześnie orgazm i satysfakcja z życia seksualnego jest wciąż wstydliwa. Te same kobiety, które wyginają się na billboardach na reklamach nowych zupek chińskich odziane w kuse szorty i staniki wciąż pytają, czy przesyłka ze sklepu dla dorosłych przyjdzie dyskretnie opakowana, bo jest to temat tabu.

Jest coraz lepiej, bo nawet w sieciach drogeryjnych od kilku lat w stałym asortymencie pojawiają się wibratory Dureksa czy nakładki wibracyjne. Czyli jakiś popyt jest, jest też coraz większa akceptacja.

Jednak szukając opinii o interesującym mnie gadżecie wciąż trafiam albo na materiały reklamowe, albo ewentualnie na blogi pisane przez anonimowych, przyjmujących ksywki niczym z filmów pornograficznych z lat 70 osobników, o których wiarygodności nic nie wiem.

A potem czytam newsy obiegające świat o wibratorze stworzonym z inspiracji pewną wdową. Wibratorze, w środku którego można umieścić prochy zmarłej osoby. I przestaję dziwić się, że traktujemy tę branżę z przymrużeniem oka.