czwartek, 25 czerwca 2015

Jeszcze nie miałam wibratora, który potrafi się zawiesić - recenzja We-Vibe 4 Plus

Kończysz używać nowoczesny, wypasiony wibrator, który kontrolujesz aplikacją. Wciskasz przycisk stopu, a tu nic. Jak wibrował, tak wibruje. Baterii prawie 70 procent, nie pomaga naciskanie przycisku, kombinacje z aplikacją - nie da się połączyć. Ot, nowoczesne zabawki erotyczne. Taka sytuacja. Prawdziwa.




Uwielbiam We-Vibe 4 Plus, chociaż okazało się, że w swoim głównym przeznaczeniu się nie sprawdził. Za to odkryłam całkiem inne sposoby wykorzystania i przestałam żałować zakupu.

Na We-Vibe’a czaiłam się od bardzo dawna. Poprzednie wersje wibratora dla par sterowane były bardziej tradycyjnie, przyciskiem, potem pojawiła się opcja zdalnego pilota. Jednak to wciąż było nie do końca to, co mogło przekonać mnie do wydania kilkuset złotych. W zeszłym roku zaprezentowano We-Vibe 4 z wersją Plus sterowaną za pomocą aplikacji mobilnej, z nieco zmniejszonym i ulepszonym kształtem. Moja miłość do gadżetów elektronicznych i do gadżetów erotycznych połączyły siły i nie miałam wyjścia, musiałam go sobie sprawić.

We-Vibe to wibrator najpopularniejszy wibrator dla par. Ma dwa niezależne silniczki wibrujące w dwóch częściach - jednej mniejszej do stymulowania wnętrza pochwy i większej do stymulowania łechtaczki i okolic. Wersja 4 Plus ma do tego Bluetootha, który służy do obsługi za pomocą aplikacji. Interesujące jest to, że wibrator kontrolować można także całkiem zdalnie, na przykład podczas wirtualnej zabawy z partnerem.

Zaskoczył mnie niezwykle mały rozmiar We-Vibe. WIbrator mieści się w dłoni. Wykonany jest z przyjemnego w dotyku, nieco “zamszowego” silikonu” i nie ma żadnych portów, bo ładowany jest indukcyjnie w eleganckiej podstawce z wejściem micro-USB. Części z silniczkami połączone są elastycznym pałąkiem. Na tyle elastycznym, że nie sprawia ·żadnych problemów przy używaniu.


Na górnej, łechtaczkowej części wibratora znajduje się przycisk, ale mówiąc szczerze do teraz nie wiem, jak obsługuje się nim tryby i intensywność wibracji. Do tego używam aplikacji.

Sam pomysł aplikacji przy zabawach erotycznych i samym seksie na początku wydawał mi się nieco dziwny. Obawiałam się, że aplikacja będzie rozpraszać, odciągać uwagę, jednak nie mogłam mylić się bardziej. Interfejs jest logiczny i prosty, na tyle przejrzysty, że po kilku minutach porusza się po nim bez chwili zastanowienia.





We-Vibe 4 Plus oferuje więcej trybów działania, niż wersje z pilotem, bo aż 10 wobec 6. Tryby polegają na sposobie wibracji obu silniczków. Tryb klasyczny to wibracja obu części jednocześnie, reszta to modyfikacje, np. wibracji ciągłej części łechtaczkowej z przerywaną, pulsacyjną wibracją części pochwowej i tak dalej.

Każdy tryb ma 10 stopni w skali mocy, dodatkowo wibracje ciągłe można kontrolować ręcznie, z mocą obu części ustawianą niezależnie.

W aplikacji dostępne jest sporo dodatków, jak samouczek i pomoc, a także tryb tworzenia własnych “My Vibe”. Użytkownik dostaje dobrze przemyślany kreator wibracji, może wybierać z tych już dostępnych, określać ich czas i długość trwania i cieszyć się zmieniającymi się trybami bez konieczności interakcji z aplikacją.


 





W samouczku polecono, bym najpierw przetestowała We-Vibe sama, przyzwyczaiła się do niego i go poznała. Tak więc zrobiłam.

We-Vibe ma uniwersalny chyba problem zabawek erotycznych - jeden kształt nie dopasuje się do wszystkich ciał i niestety tego doświadczyłam. O ile część pochwowa jest w porządku, o tyle górna mogłaby być nieco większa, z pewnością dostarczyłaby mi więcej przyjemności. Poza tym mam też niewielki, ale mimo wszystko obecny problem ze stabilnością We-Vibe. Kończy się więc na tym, że tak jak każdą zabawkę, tak i We-Vibe muszę jednak kontrolować ręcznie.

Pierwsze razy nie zachwycały, miałam już lepsze gadżety. Jednak urok We-Vibe tkwi w uniwersalności, przyzwyczajeniu się do niego i oczywiście znajomości własnego ciała. Wibratora można używać niekoniecznie tak, jak pokazano na obrazku i nie ma do tego przeciwskazać dopóki nie wygina się za mocno części łączącej oba człony. Można więc eksperymentować i korzystać z niego tak, by czerpać najwięcej przyjemności.

Po kilku razach poznałam We-Vibe na tyle, że zaczęłam czerpać z niego więcej radości. Jednoczesna stymulacja tzw. punktu G oraz łechtaczki to przecież najlepszy sposób, choćby podczas stosunku, żeby osiągnąć orgazm. Sprawdza się!






Zadziwiająco szybko psychicznie przyzwyczaiłam się do tego wibratora. Uwielbiam takie konstrukcje - minimalistyczne, eleganckie i proste, które niekoniecznie krzyczą “służę do seksu!” jak wiele innych wibratorów. We-Vibe nie odstrasza, nie onieśmiela i nawet niedoświadczeni w zabawkach erotycznych użytkownicy powinni się do niego szybko przyzwyczaić.

Siła wibracji jest wysatrczająca, choć poziom 10 - maksymalny - fanom mocniejszych wrażeń może pozostawić niedosyt. Jednak 10 stopni mocy i 10 trybów to genialne rozwiązanie, bo umożliwia stopniowanie doświadczeń, do czego zachęca też całkiem wytrzymała bateria. 2-3 godziny intensywnego zmieniania trybów i mocy to minimum We-Vibe.

Doskonale rozumiem, dlaczego We-Vibe reklamowany jest jako wibrator dla par, chociaż całkiem dobrze sprawdza się przy zabawie w pojedynkę. Przeznaczenie dla par to wyróżnik, poza tym gdyby zaprojektowano go do zabaw solo, We-Vibe miałby z pewnością szerszą część dopochwową.

Zanim jednak użyłam We-Vibe z partnerem przetestowałam coś innego, coś co bardzo intrygowało mnie ze względu na erę mobilności, wirtualnego seksu i smartfonów.

Chodzi o tryb zdalnego sterowania. We-Vibe można kontrolować także na odległość - wysyła się partnerowi specjalnego linka z aplikacji, partner pobiera swoją aplikację na smartfona i może kontrolować tryby i wibracje. Za każdym razem jednak użytkownikowi z wibratorem wyświetla się powiadomienie, że partner chce przejąć kontrolę nad urządzeniem, co jest bardzo, bardzo sensownym rozwiązaniem.

Osoby, które nigdy nie uprawiały seksu przez internet mogą jednak poczuć się przytłoczone parowaniem aplikacji i samym używaniem wibratora w ten sposób. Umówmy się - samo złożenie propozycji nie jest bardzo romantyczne. “Przejmiesz kontrolę nad moim wibratorem?” może trochę zbić z tropu:)  A potem trzeba jeszcze wytłumaczyć, jak działa We-Vibe i koniecznie - koniecznie! - poinformować partnera, co się lubi, jak odczuwa się dane wibracje. Dlatego tak ważne jest poznanie wibratora solo i swobodna, naturalna relacja.

Jednak gdy przeskoczy się te przeszkody, gdy opowie się o We-Vibe, to reszta należy do wyobraźni. Niektórzy lubią wideoseks, inni wolą bardziej tradycyjny seks w trybie tekstowym (jestem fanką) i zwłaszcza przy tym drugim polecam informowanie partnera o wrażeniach z jego przejęcia kontroli nad We-Vibe na żywo.

Partner przyznał, że to ciekawe przeżycie i sama myśl, że zdalnie przejął kontrolę, że ma tak namacalny wpływ na odczuwany poziom przyjemności jest bardzo podniecająca. A po pierwszym razie każdy następny robi się bardziej naturalny i komfortowy.

Stałam się fanką zdalnie sterowanych zabawek erotycznych! Bo ta myśl, odczucie i niepewność co partner zrobi za chwilę jest wspaniała.

Największy minus We-Vibe, o dziwo, to dla mnie… używanie urządzenia w parze. Wspomniana wyżej nie do końca pełna kompatybilność anatomiczna sprawia, że wibrator podczas stosunku nie jest tak stabilny, jakbym tego chciała. Słowem potrafi wypaść. A to jest nie tylko mało komfortowe, ale odbiera część przyjemności - zamiast cieszyć się seksem próbowaliśmy uprawiać go tak, żeby wibrator nie wypadł!

Mimo tego, że dolna część jest naprawdę niewielkich rozmiarów, to przeszkadzała partnerowi i zawadzała. Stwierdził, że wibracje są mało odczuwalne, nawet przy największej mocy, za to wrażenie i odczucie, że coś tam zawadza bardzo go rozpraszało.

Będę jeszcze próbować, jednak dla nas sens istnienia We-Vibe okazał się lekkim bezsensem, jak wszystkie pierścienie i inne wymysły. Sama też specjalnie nie odebrałam We-Vibe pozytywnie w parze, wszystko było zbyt niestabilne.

Dziwnie to zabrzmi, ale wydaje mi się, że wibrator sprawdziłby się lepiej podczas stosunku, gdyby… partner miał mniejszego penisa. Prawdopodobnie nie zawadzałby o wibrator, nie przesuwałby się też tak mocno.

Okazało się więc, że We-Vibe jest zabawką bardziej dla mnie niż dla nas, mimo wszystko nie żałuję zakupu. Połączenie ciekawej, dosyć innowacyjnej zabawki ze smartfonem jest wspaniałe, do tego wykonanie nadaje całości smaczku. Możliwość umycia wibratora pod bieżącą wodą, magnetyczne ładowanie, satynowa elegancka torebka na całość i nawet rejestrowanie wibratora przy pierwszym włączeniu aplikacji dają poczucie, że posiada się przedmiot klasy premium. I to taki, który potrafi dać niesamowitą przyjemność, z którym zrasta się coraz bliżej po każdym użyciu.

Anegdota ze wstępu jest prawdziwa. Wciąż nie wiem, co o tym sądzić, jeszcze nigdy nie zawiesił mi się wibrator.¯\_(ツ)_/¯

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Penis jako narzędzie do bezpośredniej komunikacji z kobietą

Polska, rok 2015. Niemal 50 lat po rewolucji seksualnej w krajach zachodnich, społeczeństwo informacyjne, globalizacja, pornografia w zasięgu kciuka. Na jednym z czołowych blogów technologicznych w Polsce pojawia się informacja o powstaniu niemal całkiem polskiego pierścienia na penisa z wibratorem oraz czujnikami. 

Pierścień mierzy i bada aktywność, sprawia przyjemność i ma analizować dane by dawać parom rady jak ulepszyć zbliżenia.
Autor twierdzi, że ma dużo zrozumienia dla gadżetów erotycznych, jednocześnie przyznaje, że jest lekko zszokowany.

"Co mamy teraz? Ano wearable zakładane na to, co służy nam do bardzo bezpośredniej i celowej komunikacji z kobietami. Tak właśnie. Dobrze myślisz, Drogi Czytelniku."

Autor przyznaje, że najlepiej komunikować mu się z kobietami za pomocą penisa. Penis - to nie jest straszne słowo, ale dorosły autor trochę się go boi. Mimo, że uważa, iż to penisem właśnie a nie innymi sposobami komunikuje się bezpośrednio z kobietami.

Autor pyta po co taki gadżet, po czym stwierdza, że gadżetów z podobnymi funkcjami jest sporo. Google mówi, że nie ma wcale. Moje zainteresowanie tematem które skutkuje obserwowaniem nowości na rynku gadżetów erotycznych mówi, że nie ma. Autor, który boi się słowa "penis" wie jednak lepiej.

"Lovely, bo tak nazywa się gadżet jest zakładany tam, gdzie trzeba go założyć i rozmawia z naszym smartfonem. O czym? Ano o tym, w jaki sposób jesteśmy podobni m. in. do Berlusconiego, czy też Janusza Korwina-Mikkego."

Autor myśląc o seksie i stosunku myśli o tym, jak porównać się z Berlusconim czy Krulem. Innego wytłumaczenia dla tego fragmentu nie ma, bo twórcy Lovely nigdzie nie stwierdzili, że gadżet pozwoli na porównywanie danych z innymi użytkownikami, tym bardziej z politykami.

Autor boi się też określenia "stosunek" czy "seks" - notorycznie, oprócz nadużywania "ano", określa stosunek "robotą" albo "ćwiczeniami". Zaczynam zastanawiać się, czy autor przeszedł już proces dojrzewania. Autor dalej nie potrafi ogarnąć umysłem celowości powstania takiego gadżetu, choć wypisuje funkcje, co jasno wskazuje na jego celowość.

Podejrzewam, że edukacja seksualna autora sprowadzała się do katecheki uczącej kalendarzyka na WDŻ-cie i grożącej piekłem za seks przedmałżeński czy masturbację.

Autor stwierdza, że przez chwilę będzie poważny,  co wskazuje że wcześniej nie był.

"Nie mogłem powstrzymać śmiechu, gdy czytałem o tym urządzeniu na IndieGoGo. Takie wearable są potrzebne? To zależy od tego, czego ludzie potrzebują, prawda? Na moje oko jest to kolejna nieco głupia akcja crowdfundingowa, która zostanie poniesiona tym, że skoro jest dziwna, to napiszą o niej media, a producenci zgarną pieniądze. Serio trzeba aż tak mierzyć aktywność seksualną? Tego potrzebują konsumenci? Raczej nie. Stąd też „Lovely” umieszczamy w kategorii „śmiesznych i nie do końca potrzebnych” gadżetów."

Autor obok lekkiego szoku dostał także napadu śmiechu. Dziwne reakcje. Stwierdza, że całość to skok na pieniądze, a sama akcja jest głupia. I że konsumenci nie potrzebują takiego gadżetu.

Autorowi całkiem obcy jest świat satysfakcji z pożycia seksualnego, chęci dbania o nie i ulepszania, wzajemnej przyjemności i ciekawości. Nie dziwi mnie to, bo z takim strachem przed słowami opisującymi część ciała którą sam posiada czy zbliżenie intymne, w którym sam został poczęty nie powinien nawet zabierać się o dbanie o życie seksualne.

Jeśli jednak komuś penis służy do komunikacji z kobietą, to może nie powinien pisać o gadżetach erotycznych tylko iść na jakiś kurs edukacji seksualnej.

I nie. Nie bronię Lovely, chociaż napisałam o nim tekst który pójdzie może jutro. Mam jednak dosyć pisania o seksie w głupkowaty, szczeniacki sposób. Bo ta pisanina jest o wiele bardziej głupkowata niż akcja na IndieGoGo.

PENIS


wtorek, 12 maja 2015

Tej branży w tech nie traktuje się poważnie. A szkoda

O tym się za bardzo nie pisze na blogach technologicznych, a jeśli już to w lekkiej, żartobliwej formie ciekawostki. Bo przecież w męskim świecie nowoczesne seks zabawki budzą raczej podniesienie brwi, chociaż i to się już na szczęście zmienia. I dobrze, bo to rynek, który nie dość, że wprowadza innowacje czasem na ogromną skalę, to jest mocno przez media niedoceniany.
Ostatnio chciałam znaleźć opinie o pewnej zabawce. Jest o tyle ciekawa, że w 2008 roku odmieniła krajobraz wibratorów, w 2009 dodano ją do giftbagów na gali Oscarów, a w zeszłym roku zyskała połączenie ze smartfonem przez Bluetooth i możliwość zdalnej kontroli przez aplikację. Mówię o We-Vibe, wibratorze dla par. W sieci niemal nie mogę znaleźć rzetelnych recenzji i opinii, to, co się wyświetla to albo materiały reklamowe albo anonimowe wpisy, co do prawdziwości których mam sporo wątpliwości.



Tak to niestety jest z tym rynkiem. Chociaż kupujemy seks akcesoria i światowy rynek wart jest - zależnie od analiz, bo niestety nawet te są często trywializowane - od 16 nawet do 65 miliardów dolarów rocznie, to ciężko nam o tym mówić głośno, pod swoim imieniem i nazwiskiem. Temat traktowany jest jak tabu, choć nawet w Polsce rynek się rozwija i wart jest kilkanaście milionów złotych. Szacunkowo. Bo dokładnych danych brak.


Jak traktujemy nowinki technologiczne w seks gadżetach niech świadczy te kilka cytatów z jednego tekstu o wibratorze połączonym ze stymulatorem, kontrolowanym za pomocą aplikacji mobilnej. Autor wygina się jak może by unikać słowa “łechtaczka”, “pochwa” czy “punkt g”.

Pojęcie cyber seksu jest już znane od ponad dekady, kiedy to kamerki internetowe ułatwiły komunikację. Wcześniej przez telefon, a obecnie po prostu przez sieć. Taka bezkontaktowa forma „baraszkowania” na odległość. (...)G.vibe jest kolejną propozycją, gdzie rozwiązań jest wciąż niewiele. To nisza, ale pewnie niedługo… Sprzęcik przeznaczony dla kobiet. To nic innego jak wibrujący moduł do umieszczenia tam gdzie trzeba. (...)Na koniec kilka danych technicznych: kształt jaki jest każdy widzi ;) – myślę, że nie muszę tutaj pisać co i jak.“

Autor uwielbia zdrabniać, baraszkowanie, sprzęcik. No i umieszcza się go tam, gdzie trzeba. W nosie? W uchu? Co i jak każdy widzi, chociaż tak naprawdę dla każdego mniej obytego z zabawkami erotycznymi czy nawet z anatomią (a takich osób jest przerażająco dużo) nic nie jest wcale oczywiste. I po co ta emotikonka? Wiadomo - coś związane z seksem, trzeba pożartować!

My tu wciąż żartobliwie i z lekkim wstydem, tymczasem gadżety erotyczne wkroczyły w XXI wiek i to dosyć mocno. Na rynku dostępne jest coraz więcej rozwiązań wykorzystujących komunikację ze smartfonami - dzięki temu można kontrolować naładowanie baterii, tryby i moc wibracji, ale także sterować wibratorami czy stymulatorami zdalnie, samemu lub przez partnera.

We-Vibe, OhMiBod, Vibease, G.Vibe i dziesiątki innych gadżetów, takich jak kulki gejszy, potrafią porozumiewać się z aplikacjami na smartfonie i być kontrolowane zdalnie. Niektóre reagują na dźwięki i do nich dostosowują wibracje, inne dają możliwość układania “playlist”, niektóre połączone są z dodatkowymi funkcjami czatu czy erotycznych audiobooków, które dostarczają dodatkowych wrażeń.


Większość wykonana jest z wysokiej jakości medycznego silikonu, niektóre dla zapewnienia wygody i bezpieczeństwa mają na dodatek wygodne, bezproblemowe ładowanie magnetyczne w stacjach dokujących.

Branża gadżetów erotycznych stawia też na innowacje - pojawiają się całkiem nowe zabawki, takie jak pulsatory, czy nowe rodzaje anatomicznie dopasowanych stymulatorów łechtaczek do używania w parach, jak Eva. Crowdfunding wydaje się być kluczowy dla branży.

Od Vibease, przez OhMiBod po Evę właśnie - Kickstarter czy Indiegogo okazały się miejscem, w którym firmy chcące produkować seks gadżety zbierają pierwszy “feedback” i pieniądze potrzebne na rozkręcenie biznesu. Mnóstwo ze zbiórek jest udana, osiąga nawet kilkaset procent zakładanego celu. A to oznacza tylko jedno - chcemy takich gadżetów. Chcemy nowości, które służą osiąganiu fizycznej przyjemności, jesteśmy coraz bardziej otwarci na próbowanie zabaw solo czy w parze, a sam rynek potrzebuje powiewu świeżości.


Dlatego nie do końca rozumiem opór przed uznaniem gadżetów erotycznych za równe innym gadżetom urządzenia. Tym bardziej, że można spierać się o realną przydatność takich wibratorów a na przykład inteligentnych zegarków. Żyjemy w świecie, w którym kilkadziesiąt procent kobiet nie doświadcza prawie żadnej fizycznej przyjemności z seksu, a większość twierdzi, że nie potrafi osiągnąć orgazmu bez stymulacji łechtaczki. W świecie, w którym kobieta jest seksualizowana do granic możliwości - tzw. “szczucie cycem” to praktyka codzienna, a w którym jednocześnie orgazm i satysfakcja z życia seksualnego jest wciąż wstydliwa. Te same kobiety, które wyginają się na billboardach na reklamach nowych zupek chińskich odziane w kuse szorty i staniki wciąż pytają, czy przesyłka ze sklepu dla dorosłych przyjdzie dyskretnie opakowana, bo jest to temat tabu.

Jest coraz lepiej, bo nawet w sieciach drogeryjnych od kilku lat w stałym asortymencie pojawiają się wibratory Dureksa czy nakładki wibracyjne. Czyli jakiś popyt jest, jest też coraz większa akceptacja.

Jednak szukając opinii o interesującym mnie gadżecie wciąż trafiam albo na materiały reklamowe, albo ewentualnie na blogi pisane przez anonimowych, przyjmujących ksywki niczym z filmów pornograficznych z lat 70 osobników, o których wiarygodności nic nie wiem.

A potem czytam newsy obiegające świat o wibratorze stworzonym z inspiracji pewną wdową. Wibratorze, w środku którego można umieścić prochy zmarłej osoby. I przestaję dziwić się, że traktujemy tę branżę z przymrużeniem oka.

środa, 29 kwietnia 2015

Lincz śniadaniowy

Młody Chajzer znowu atakuje, wespół z TVN-em i nawet Prokopem nazywającym Witkowskiego głupkiem. Dzisiaj przewija mi się to przez social media, jakby to było istotne. Młody Chajzer poszedł do centrum Warszawy pokazywać młodym ludziom symbol SS i dziwił się, że młodzi ludzie w większości nie znają takiego symbolu. Wniosek z materiału - młodzi ludzie są głupimi ignorantami, wiocha normalnie. Trochę wiocha, bo okazuje się, że nasza edukacja nie potrafi przedstawić nowoczesnej historii, historii drugiej wojny światowej i nazizmu w sposób, który zostanie w głowie na więcej, niż sprawdzian. Jednak brzydzi mnie, jak to zrobiono, jak jednoznacznie podsumowano problem.

Otóż przykro mi, ale akurat TVN powinien trochę powstrzymać się z ocenianiem ludzi i ich ignorancji, bo sam odegrał niemałą rolę w siekaniu mózgów i tworzeniu wizji cukierkowo-blogerowo-ignoranckiego świata pełnego big brotherów i gwiazdek, świata w którym najważniejsze są ratingi programów o niczym, prodżektów ranałej, kuchennych rzygolucji, małych gigantów wykorzystujących dzieci w sposób, którego nie życzyłabym dorosłym, jukandensów, mężów czy nie mężów i innych perfekcyjnych pań domu u których na twarzy maluje się obrzydzenie na widok tego, jak żyją przeciętni Polacy (posiłkowałam się stroną TVN-u, same gówna, nic, co ma jakąkolwiek wartość edukacyjną czy choćby emocjonalną wyższą niż plastikowy talent show). Świat TVN-u, nawet ten informacyjny, to świat oderwany od rzeczywistości i problemów.

Z takiej perspektywy łatwo jest oceniać ludzi, którzy wychowali się gapiąc się w ekran, na taki TVN i tefałenowo podobne twory. Łatwo wytknąć palcem z przekazem "głupi ludzie". To się ogląda. Problem w tym, że to owi "głupi ludzie" stanowią większą część widzów stacji.

 Przypomina mi się pewna sytuacja z liceum. Stałam z koleżanką na fajce, planowałyśmy wyprawę do Auschwitz, do muzeum. Dołączyła jej koleżanka - taka, która jak usłyszała że ludzi bez lub z delikatnym makijażem na egzaminach traktuje się poważniej przyszła do szkoły raz bez makijażu i prawie nikt jej nie poznał - i gdy usłyszała o czym rozmawiamy zapytała z pełną powagą i przerażeniem w oczach, czy będziemy bezpieczne w tym Oświęcimiu i czy to zabijanie i mordowanie już się tam nie odbywa. Tuż po przerabianiu w szkole materiałów na te tematy. Dziś owa koleżanka jest kosmetyczką, ma męża, bodajże dziecko, zarabia sporo za granicą i poziom jej satysfakcji z życia jest pewnie kilka razy wyższy, niż mój. I nie martwić się o przyszłość ludzkości.

Może i nie ma pojęcia, co to SS, może nawet i powinna mieć, ale jej to niepotrzebne. Kimże jestem ja, by oceniać ją przez pryzmat wiedzy, kimże jest Chajzer czy Prokop, by nazywać ją głupią. Tym bardziej, że gdyby trzeba było, mogłabym się spierać co do przydatności poszczególnych dla społeczeństwa.

sobota, 7 marca 2015

8 marca

8 marca 2010 roku zapamiętam chyba do końca życia. Chociaż moja pamięć jest bardzo słaba i nie potrafię przywołać wielu innych momentów, często tych bardzo ważnych, 8 marca w mojej głowie jest wciąż ostry jak brzytwa. 8 marca 2010 roku zmarł mój tata. Dopiero 5 lat później zdaję sobie sprawę, że śmierć jest dla pozostawionych okazją do bycia egoistycznym. Ba, wymaga wręcz myślenia o sobie, bo przecież ci, którzy odeszli nie istnieją już nigdzie prócz pamięci pozostawionych.
Kilka razy próbowałam. Nieśmiało wspominałam o moim tacie, o śmierci, ale przeważnie tylko o nim - o tym, jaki był za życia, że mi go brakuje. Ten dzień, 8 marca, pozostawał zawsze dla nie. Poczucie winy, nawet jeśli irracjonalne, napędza się śmiercią bliskich, bo wtedy człowiek jest najwrażliwszy i odsłonięty.
Moje poczucie winy mówi mi, że nie było mnie przy tacie, gdy umierał. Nie dość, że w pracy nie odbierałam telefonu gdy dostał wylewu i przyjechałam z Wrocławia dopiero na koniec dnia, to po tygodniu odwiedzin w szpitalu, odwiedzin człowieka, który w śpiączce nie przypominał mojego taty, po tygodniu strachu, ciszy i cichej nadziei że kolejne operacje, kolejne szpitale pomogą dałam namówić się mamie na powrót do miasta, do pracy. Wróć do pracy i znajomych, nic tu po tobie, wróć do życia, tak mi mówiła. W końcu jej się udało.
Dzień później wybrałam się po pracy ze znajomą i przyjacielem do knajpy. Dzień kobiet, odciągali moje myśli, próbowali. Pożegnanie i telefon. W słuchawce moja babcia. “Już nie cierpi, już koniec”. Pamiętam, że po sekundzie milczenia padłam na kolana w przejściu podziemnych, wśród tłumu ludzi, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Chyba zawyłam. Pamiętam każdy szczegół tego, co stało się później. Telefony, noc spędzona na kanapie u przyjaciela, ta niezręczność i “przykro mi”, wyczerpanie płaczem, milion myśli i strach. Niesamowity strach, co będzie później. Świadomość, że jeszcze tego nie czuję, ale to przyjdzie, tęsknota nie do opisania, zmiany w całym życiu. Nagłe usunięcie gruntu spod nóg, upadek złudzenia, że tato jest zawsze, że będzie jeszcze przynajmniej przez jakieś 20 lat.
Pamiętam przygotowania do pogrzebu, sam pogrzeb. Pierwszy raz ja jako ta silna, która musi wspierać mamę, ogarniać. I pragnienie, by był ktoś bliski tylko dla mnie. Pragnienie seksu, chyba by tylko oderwać myśli. Ulgę, że przyjechał przyjaciel. Dla mnie. On rozumiał. Sam przeszedł to dwa lata wcześniej. Rozumiał. Zimno. Mnóstwo, mnóstwo ludzi. Smutek, bo ci ludzie z różnych stron kraju i świata tylko świadczyli, że mój tato był dobrym, kochanym człowiekiem, który odszedł za wcześnie.
Pamiętam poczucie winy. Jedno, że moje myśli są takie samolubne, że przecież zmarł mój tato a ja myślę tylko o sobie. Jak mi go będzie brakować, że ci ludzie składający kondolencje powinni zniknąć i zostawić mnie w spokoju bo i tak nie wiedzą, że jak jak ja poradzę sobie bez taty. Nikt mi wtedy nie powiedział, że trzeba być samolubnym, że to konieczne by wrócić do jako takiej normalności.
Drugie poczucie winy dopiero kiełkowało. Nie było mnie przy nim w ostatnich chwilach. Gdy mój tata umierał z tymi cholernymi rurkami, ja pewnie w tym momencie siedziałam ze znajomymi przy kolacji i piwie. To poczucie winy prześladuje mnie do dziś.
I nie wiem, czy to kumulacja win i mojego introwertyzmu czy jeszcze czegoś innego, ale od tamtego czasu, mimo ogromnej chęci, nigdy nie wyrzuciłam tego z siebie. Wróciłam do pracy i nie reagowałam na wszystkie “przykro mi”, zerwałam wiele kontaktów, chociaż bolało nowo poznanym osobom nie wspominałam o świeżej ranie. Traktowałam to jak sekret, do którego dopuszczam nielicznych i i tak potem uciekam. Raz jeden rozkleiłam się przy przyjacielu-współlokatorze, pijana, i to było takie dobre - oczyszczające przytulenie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej. Nie mam prawa.
5 lat zajęło mi zrozumienie, że po śmierci bliskiej osoby nie pozostaje nam nic innego, jak być samolubnym. Bliskiego już nie ma - nie obchodzi go doczesność. Nie obchodzi go jak tęsknimy. Jedyne co zostaje to pamięć o nim i bolesny brak. Ale tym razem to my zostaliśmy - my musimy iść dalej. Bez bufora, bez wyrzucenia na zewnątrz bólu i wściekłości, bez pozwolenia sobie na chwilę głośnego cierpienia, które może i narzuci się innym ale co z tego, będziemy cierpieć skrycie. Dłużej.
Kiedyś i ja odejdę. Być może zostawię kogoś bliskiego. Chcę, by ten ktoś był wtedy samolubny do granic możliwości. Wściekał się na mnie, płakał, otworzył się przed kimś. Dzięki temu ze stanu bolesnego opętania szybciej przejdzie do nieustannego, ale już nie tak dominującego stanu tęsknoty. Chcę, żeby opowiedział komuś jak się czuł, co robił i jak zareagował. O sobie. O tym, jak bardzo brakuje. To pomaga.
Chcę, żebyśmy pozbyli się poczucia winy i potrafili o śmierci mówić szczerze i głośno. Żeby nie była tabu i konwenansem. Bo w głowie pojawia się wtedy tak dużo, tak dużo potem wraca i podświadomie definiuje w którą stronę i jak idziemy dalej, że im szybciej i głośniej nauczymy się o tym mówić i pozbędziemy się najważniejszych rzeczy, tym lepiej dla przyszłości.


I żebyśmy wiedzieli, że taka samolubność nie oznacza, że nie kochaliśmy. Czasem po prostu nie da się już nic więcej zrobić. Czasem pozostaje tylko otworzyć się i być przez chwilę wrażliwym. Myśleć tylko o sobie.