czwartek, 8 października 2015

Strach przed własnym człowieczeństwem

Dlaczego ci, którzy krzyczą najgłośniej o wolności sukcesywnie pozbawiają i odmawiają wolności innym?
Połączę kilka tematów, które są mi bliskie - mniej i bardziej, ale jednak bliskie. Jestem człowiekiem, który posiada zdolność współodczuwania czyli empatii. Potrafię postawić się na czymś miejscu. Empatia to coś, co zanika na rzecz brutalnej maksymy “każdy sobie”.

Ludwik Dorn, kiedyś czołowa postać w pisowskim cyrku rządowym, dziś startuje do sejmu z list PO. Pan ów twierdzi, że osoby homoseksualne nie mogą być rodziną i że rodzina to para płci przeciwnej, nawet jeśli się nie kocha. A jeśli ci się nie podoba katolickie podejście, jeśli jesteś niewierzący, to wypierdalaj, Schengen mamy, droga wolna. Kreatura ta powiedziała to nieco delikatniej, ale przekaz jest właśnie taki - mocny i jasny.

Na Frondzie pojawiło się wyznanie dziewiętnastolatka, który twierdzi, że Jezus wyleczył go z homoseksualizmu, a diabeł nie lubi święconych przedmiotów.

Trybunał Konstytucyjny twierdzi, że ograniczenia klauzuli sumienia są niekonstytucyjne. Wynika z tego, że lekarz może odmówić pomocy w przypadkach gdy życie nie jest bezpośrednio zagrożone, bo tak mówi mu religia czy poglądy.

W telewizji widziałam ostatnio niejaką Kaję Godek. Postać ta walczy z aborcjami, choć legalne aborcje w Polsce to raczej rzadkość, jak lwica broni kościoła katolickiego i religii w szkołach i ma uśmiech osoby, która lubi robić na złość. Taki z zaciśniętymi wargami.

Z każdej strony słyszę o jakiejś magicznej homopropagandzie, która ma zmieniać heteroseksualnych ludzi w gejów. Po analizie tematu wychodzi mi, że homopropaganda to po prostu nie bycie stuprocentowym heteroseksualnym osobnikiem. To podobno zagraża rodzinie.

Prezydent Andrzej Duda zawetował ustawę, która ułatwiłaby osobom transseksualnym zmianę płci. Przecież ludzie ci nie nacierpieli się jeszcze wystarczająco, maleńki Jezusek karmi się cierpieniem i gorzkimi żalami, trzeba dostarczyć mu pożywienia.

W sejmie debaty nad nowymi pomysłami o ustawie aborcyjnej. Zakazać aborcji, wszystkim jak leci! Trzeba rodzić, w końcu to cel gatunku - 
przekazanie genów, przekazujmy więc!
Każde świętowanie rocznic wolności pełne jest wielkich, patetycznych słów, polskich patryjotów którzy uwielbiają głodne kawałki oojczyźnie. To ci sami, którzy zachwycają się małym powstańcem oddającym życie w imię idei państwowości i narodu, którzy potem krzyczą o katolickiej cywilizacji i o tym, że zagraża im kilka tysięcy uchodźców.

Przestańcie. Wszyscy kurwa przestańcie!

Chyba żyję w innym świecie.

Czytałam ostatnio o badaniu, z którego wynika, że połowa młodych ludzi w Wielkiej Brytanii nie identyfikuje się jako heteroseksualna - na skali wybiera wartości niższe, niż "100% hetero", co oznacza że dopuszcza możliwość kontaktów z tą samą płcią lub nawet je miało. Osoby całkowicie homoseksualne wykluczające możliwość kontaktów z przeciwną płcią stanowią stały, około 10 procentowy odsetek. Pozostałe 40% "nie całkiem hetero"? To osoby biseksualne. ALbo heteroseksualne, ale otwarte. Albo takie, które pogodziły się z tym, ze seksualność może się zmieniać z czasem. Nie musi, ale może.

Zdradzę wam tajemnicę, która nie do końca jest tajemnicą. Ponieważ mam epmatię, nigdy, nawet jako młoda osoba podatna na wpływy, nie uważałam homoseksualizmu za coś złego czy nienaturalnego. Pamiętam za to, że gdy słyszałam o gejach czy lesbijkach, gdy ich spotykałam i dookoła pełno było szeptów i pokazywania palcami, ja wyobrażałam sobie jakie to pokazywanie musi być okropne. Wiedziałam już, że ludzie są okrutni i myślałam o tym, że nie dość, że muszą odkrywać samych siebie, poznać i potem zaakceptować to, że nie wpisują się w model który narzuca katolickie społeczeństwo, to jeszcze muszą znosić okrutnych ludzi.

Za to potem zarzekałam się, że nigdy nie potrafiłabym przespać się z kobietą, że jestem całkowicie hetero i nie potrafiłabym nawet trójkąta z drugą kobietą.

Najdziwniejsze jest to, że chyba mówiłam wtedy prawdę. Uwielbiam mężczyzn, z kobietami nigdy się nie dogadywałam i chociaż potrafiłam docenić walory estetyczne nigdy nie pociągały mnie kobiety.

A potem to się zmieniło. Poczułam pociąg, wpadłam w lekk≥ą panikę i amok. "Co się ze mną dzieje, kim jestem?!" - to pytanie opętało mnie przez jakiś czas.

Wiecie, kim jestem? Człowiekiem, który nie wypiera swojej seksualności. Nie uważa, że popęd jest grzechem. 
Człowiekiem, który nie ma problemów ze zmianami. Szybko doszłam do wniosku, że nie wiem, czy jestem biseksualna, czy to oznacza jakieś ogromne zmiany - poddałam się temu, przespałam z kobietą i tyle. W slangu internetowym powiedziano by o tym "chce to chce, na chuj drążyć temat?"
Od tego czasu więcej czytam o seksualności i jest jedna rzecz, która wydaje mi się bardzo prawdziwa - o ile jest spora grupa ludzi, której seksualność prawie nie zmienia się przez całe życie, o tyle są też ludzie, którzy są "płynni". Orientacja, seksualność w ogóle, podlega zmianom, ewoluuje w jedną czy drugą stronę i nie ma w tym nic dziwnego. Nie tylko u kiobiet, u mężczyzn też, z tym że mężczyzną zwykle ciężej jest to zaakceptować, bo nie pasuje to do stereotypu "alfy".
Zdziwilibyście się, ilu znajomych mężczyzn, takich których uznalibyście za hetero, nawet z żonami i dziećmi, miało, miewa lub chciałoby mieć przygody z mężczyznami.

Żyję niestety w miejscu, na świecie, który uważa naturalne popędy za niezdrowe. Całe to umartwianie, całe traktowanie seksualności jako elementu tylko i tyłącznie potrzebnemu do rozmnażania w "tradycyjnej" katolickiej rodzinie, w której najlepiej gdy mamusia siedzi w domu i gotuje obiadki dla męża-żywiciela i piątki dzieci jest dla mnie nierzozumiałe. Bo oprócz tego, że zaakceptowałam swoją seksualność i to, że będę się jej poddawać do pewnych granic - dopóki nie krzywdzę nikogo - przyszło razem z akceptacją tego, że chyba nie pasuję do tego modelu.

O tym mało się mówi, bo zewsząd atakuje obraz miłości, drugiej połówki i tego, że każdy w końcu może znaleźć rodzinne szczęście o ile się na nie otworzy. Zewsząd słyszę pytania o to, kiedy w końcu się ustatkuję, kiedy będę mieć dzieci, jak to tak sama? Znam ten stereotyop singielki, która w końcu, zwykle gdy jest już za późno, zdaje sobie sprawę, że żałuje i ominęła ją szansa na jedyne możliwe, rodzinne szczęście.

To nie tak, że będę komuś odmawiać prawa do zadawania takich intymnych pytań prawie obcym osobom - mamy prawo do bycia bezczelni, nawet chamscy. Sama nie wiem, co będzie za 5, 10 lat, czy nie zmienią się moje priorytety, pragnienia i marzenia. Nie wiem. Nikt tego nie wie, także ci, którzy założyli rodziny i wydaje im się, że będą szczęśliwi do końca życia.

Wiem za to, że ludzie są różni. Za każdym razem gdy ktoś dostarcza mi plotki o tym, że ktoś kogoś zdradza, ktoś się z kimś przespał i w ogóle skandal myślę albo mówię "i co? Nie wiesz. Nie znasz sytuacji". Człowiek to stworzenie skomplikowane, łączące w sobie popędy i świadomość, zdolność abstrakcyjnego myślenia, robi więc błędy, szuka swojego miejsca. Wszyscy miotamy się szukając mitycznego szczęścia, ulgi, wszyscy żyjemy z podświadomym, wiecznym strachem przed śmiercią. Różnie sobie z tym radzimy, jesteśmy różni, ale oceniać przez własny pryzmat moralności jest łatwo.

Jak tonący brzytwy lubimy trzymać się myśli o tym, że istnieje jakiś złoty standard, jakaś miarka, do której wszyscy powinni się dopasować. Po części stąd biorą się te wszystkie słowa nienawiści o niemoralności, stąd przekonanie że każdy, kto jest inny jest zły. Dlatego Terlikowscy uwielbiają pouczać innych o tym jak żyć, stąd przekonanie, że każda kobieta poczuje miłość do dziecka, które urodzi.

Nie chcę dzieci. Nie chcę być matką, nie chcę odpowiedzialności za drugą osobę, skoro ledwo radzę sobie sama ze sobą. Nie wiem, czy byłabym w stanie kochać dziecko, nie chcę być tą zimną matką, która spieprzyła dziecku całe życie brakiem miłości. Nie chcę być mamą Madzi, która zrobiła coś złego, bo tak naprawdę nie była gotowa, być może nigdy nie byłaby gotowa, do bycia matką. Skąd w końcu biorą się te wszystkie tragedie.

Nie chcę na tyle, że przeraża mnie miejsce, w którym żyję. Przeraża mnie to, że w wypadku wpadki w Polsce spotkałabym się z niemal z przymusem urodzenia dziecka. Może nie mam uczuć, nie wiem, ale czasem myślę, że dziecko byłoby w umysłach tych fanatyków karą za to, że nie byłam wstrzemięźliwa, że lubię seks i korzystam ze swojej seksualności. I jeszcze mam czelność mówić o tym głośno, nie wstydzić się!

A ja po prostu chcę wolności. Wolności sumienia, ale takiej wolności, która nie narzuca innym tego, jak mają żyć. Nie chcę odmawiać komuś prawa do tworzenia rodzin, spełniania się w religii jeśli to to, czego chce. Nie chcę odmawiać innym praw i możliwości o ile nie krzywdzą innych. Dajcie mi żyć po mojemu, szanujcie to, że jesteśmy różni.

To taki piękny ideał - wszyscy żyjemy razem, obok siebie choć różnimy się w wielu aspektach. I tylko ideał, nic więcej. W momencie, gdy mówi się o innych jak o niemoralnych potworach tylko dlatego, że kochają "nie tych co trzeba", że nie zaprzeczają sami sobie, w momencie gdy próbuje się narzucić im - i to z pozycji siły, władzy - to jak mają żyć, nie ma mowy o wolności.

Gdy odmawia się komuś praw boi różni się od nas, nie ma wolności. Rodzi się nienawiść.

A to wszystko tylko strach. Strach przed samym sobą, przed własnym człowieczeństwem.

niedziela, 6 września 2015

Wstyd mi

Wydarzenie na fejsie o nazwie “Kulka W Łeb Dla Każdego Uchodźcy Który Chce Zostać w Polsce”. Stworzył je gimnazjalista z Elbląga. Fejs uznaje po zgłoszeniu, że nie ma w tym żadnego naruszenia standardów społeczności, cokolwiek to znaczy. Dla człowieka przyzwoitego jest w tym naruszenie zwykłego standardu moralności, być może i złamanie prawa. Jan Zamoyski powiedział słynne zdanie “ Takie Rzeczpospolitej jakie jej młodzieży chowanie”, ale nie łudźmy się - serca, empatii i przyzwoitości nie ma dziś masa Polaków.


Tarzamy się w naszym patriotyczno-kibolskim wychowaniu, dziś nawet winkelriedyzm nie ma racji bytu. Nie ma chuja, nie poświęcimy się dla nikogo, na pal z ideałami i walką. No chyba, że to walka o własną wygodę i wyciszenie sumienia.

Dziś niemal pewne jest, że wchodząc na fejsa czy serwisy informacyjne i czytając newsy o uchodźcach natknę się na komentarz nowoczesnych nazistów chcących strzelać ludziom w głowę i wysyłać ich do obozów koncentracyjnych i komór gazowych za to, że ludzie ci próbują ratować swoje i swoich bliskie życie.

Nowocześni hitlerowcy cechują się kilkoma znakami: żywią się strachem i frustracją, wierzą w każdą bzdurę rozsiewaną przez propagandowe nacjonalistyczne źródła, nie są w stanie zrozumieć, że terrorysta to nie zawsze muzułmanin, nie lubią obcych no chyba, że sami wyjadą za granicę do pracy i na socjal i wychowani są w tym micie polskości jako odwiecznej walki ze wszystkim i wszystkimi. Często spotykana jest także nieumiejętność interpretowania historii. 

Jedyne, czego nie można o neonazistach napisać, to to, że da się ich jakoś rozpoznać na pierwszy rzut oka.

Psychopatyczni fani mordowania nie są jedną, homogeniczną grupą jak skinheadzi na przykład. 

Nowoczesny hitlerowiec może okazać się gimnazjalistą z Elbląga, może być panią Zosią z warzywniaka, panem Robertem z agencji reklamowej, kolegą z którym czasem idzie się na piwo, ładną studentką administracji czy po prostu sąsiadem. Ba, może okazać się panią premier naszego pięknego kraju rozerwanego pomiędzy zachodnią a wschodnią strefę kulturową.

Postawmy sprawę jasno: nowoczesny nazista to nie tylko ten, który jawnie nawołuje do mordowania. To także ten, który odmawia pomocy ludziom, którym grozi śmierć z rąk innych ludzi, z głodu, wyczerpania, zimna czy z powodu utonięcia czy uduszenia w podróży za nadzieją i nowym życiem.

Nowoczesny nazista też ten, który mówi, że nie będziemy przyjmować uchodźców bo nie ma u nas miejsca, bo nas nie stać, bo to terroryści, bo chcą tylko socjalu, bo zniszczone zostaną nasze katolickie tradycyjne wartości.

Jeśli kilkadziesiąt tysięcy osób w tragicznej sytuacji życiowej jest w stanie zniszczyć wasze katolickie tradycyjne wartości, to może te wartości są tak słabe, średniowieczne i po prostu chujowe, że zasługują na zniszczenie.

Jako kraj z burzliwą i skomplikowaną historią nie odrobliliśmy zadanej lekcji. Historia, która także nas wysyłała w obce kraje w poszukiwanu bezpieczeństwa, przeżycia i szansy na lepsze życie, nasz dumnie noszony przez wszystkich prawiocowych oszołomów katolicki sztandar powinna wskazywać, że dziś jesteśmy narodem, który szanuje życie, szanuje drugiego człowieka i jest w stanie podzielić się ostatnią kromką chleba. Tymczasem spieprzyliśmy, jak zwykle. 

Mały Powstaniec i jego bezsensowna śmierć jest dziś ważniejszy niż prawdziwe, żywe i szukające pomocy i szansy małe dziecko. 

Wstyd mi za was, ksenofobicznych obrońców pseudowolności, którzy nie mają za grosz empatii i współczucia. Żyjecie w swoim małym światku wypełnionym strachem przed wszystkim, co nieznane, nasyconym nienawiścią do innych i przede wszystkim siebie, z podświadomym poczuciem winy które będzie zjadać was od środka. Wstyd mi za siebie, bo jedyne co potrafię to wpłacić pieniądze i mówić głośno o tym, że chcę, byśmy przyjęli uchodźców z otwartymi ramionami.

Wstyd mi za rządzących tym zadupiastym państewkiem za to, że nie mają za grosz moralności - za to, że do klękania przed spasionymi brzuchami księży są pierwsi, a do zrobienia tego, co właściwe, zebrania dupy w troki i rozwiązania problemu uchodźców (tak, ten problem przy odpowiedniej woli politycznej jest do rozwiązania i moglibyśmy przyjąć i powitać więcej, niż 2 czy 20 tysięcy uchodźców w bliżej nieokreślonym czasie!) choćby i wbrew woli najgłośniej krzyczących wyborców. Bo poparcie. I tak już udupiliście, w momencie kryzysu humanitarnego wyszło szydło z worka.

Gorzkim pocieszeniem jest to, że widzę dziś, kto jest człowiekiem, a kto tylko udaje człowieka i mogę wywalić te podróbki ze znajomych. Gorzkim pocieszeniem jest to, że inne państwa, państwa do których Polacy tak chętnie jeżdżą na zarobek i z pomocy których tak chętnie korzystają, zobaczą, że Polska i polski naród nie jest wart tych starań, że potraktują nas tak samo, jak my traktujemy innych.

Dobrze, bo nie zasługujemy. 

Na nic nie zasługujemy.





The world's an inventor
With its work crawling, running, squirming 'round
Trees drop colorful fruits
Directly into our mouths
The world's an inventor
We're the dirtiest thing it's thought about
And we really don't mind

czwartek, 25 czerwca 2015

Jeszcze nie miałam wibratora, który potrafi się zawiesić - recenzja We-Vibe 4 Plus

Kończysz używać nowoczesny, wypasiony wibrator, który kontrolujesz aplikacją. Wciskasz przycisk stopu, a tu nic. Jak wibrował, tak wibruje. Baterii prawie 70 procent, nie pomaga naciskanie przycisku, kombinacje z aplikacją - nie da się połączyć. Ot, nowoczesne zabawki erotyczne. Taka sytuacja. Prawdziwa.




Uwielbiam We-Vibe 4 Plus, chociaż okazało się, że w swoim głównym przeznaczeniu się nie sprawdził. Za to odkryłam całkiem inne sposoby wykorzystania i przestałam żałować zakupu.

Na We-Vibe’a czaiłam się od bardzo dawna. Poprzednie wersje wibratora dla par sterowane były bardziej tradycyjnie, przyciskiem, potem pojawiła się opcja zdalnego pilota. Jednak to wciąż było nie do końca to, co mogło przekonać mnie do wydania kilkuset złotych. W zeszłym roku zaprezentowano We-Vibe 4 z wersją Plus sterowaną za pomocą aplikacji mobilnej, z nieco zmniejszonym i ulepszonym kształtem. Moja miłość do gadżetów elektronicznych i do gadżetów erotycznych połączyły siły i nie miałam wyjścia, musiałam go sobie sprawić.

We-Vibe to wibrator najpopularniejszy wibrator dla par. Ma dwa niezależne silniczki wibrujące w dwóch częściach - jednej mniejszej do stymulowania wnętrza pochwy i większej do stymulowania łechtaczki i okolic. Wersja 4 Plus ma do tego Bluetootha, który służy do obsługi za pomocą aplikacji. Interesujące jest to, że wibrator kontrolować można także całkiem zdalnie, na przykład podczas wirtualnej zabawy z partnerem.

Zaskoczył mnie niezwykle mały rozmiar We-Vibe. WIbrator mieści się w dłoni. Wykonany jest z przyjemnego w dotyku, nieco “zamszowego” silikonu” i nie ma żadnych portów, bo ładowany jest indukcyjnie w eleganckiej podstawce z wejściem micro-USB. Części z silniczkami połączone są elastycznym pałąkiem. Na tyle elastycznym, że nie sprawia ·żadnych problemów przy używaniu.


Na górnej, łechtaczkowej części wibratora znajduje się przycisk, ale mówiąc szczerze do teraz nie wiem, jak obsługuje się nim tryby i intensywność wibracji. Do tego używam aplikacji.

Sam pomysł aplikacji przy zabawach erotycznych i samym seksie na początku wydawał mi się nieco dziwny. Obawiałam się, że aplikacja będzie rozpraszać, odciągać uwagę, jednak nie mogłam mylić się bardziej. Interfejs jest logiczny i prosty, na tyle przejrzysty, że po kilku minutach porusza się po nim bez chwili zastanowienia.





We-Vibe 4 Plus oferuje więcej trybów działania, niż wersje z pilotem, bo aż 10 wobec 6. Tryby polegają na sposobie wibracji obu silniczków. Tryb klasyczny to wibracja obu części jednocześnie, reszta to modyfikacje, np. wibracji ciągłej części łechtaczkowej z przerywaną, pulsacyjną wibracją części pochwowej i tak dalej.

Każdy tryb ma 10 stopni w skali mocy, dodatkowo wibracje ciągłe można kontrolować ręcznie, z mocą obu części ustawianą niezależnie.

W aplikacji dostępne jest sporo dodatków, jak samouczek i pomoc, a także tryb tworzenia własnych “My Vibe”. Użytkownik dostaje dobrze przemyślany kreator wibracji, może wybierać z tych już dostępnych, określać ich czas i długość trwania i cieszyć się zmieniającymi się trybami bez konieczności interakcji z aplikacją.


 





W samouczku polecono, bym najpierw przetestowała We-Vibe sama, przyzwyczaiła się do niego i go poznała. Tak więc zrobiłam.

We-Vibe ma uniwersalny chyba problem zabawek erotycznych - jeden kształt nie dopasuje się do wszystkich ciał i niestety tego doświadczyłam. O ile część pochwowa jest w porządku, o tyle górna mogłaby być nieco większa, z pewnością dostarczyłaby mi więcej przyjemności. Poza tym mam też niewielki, ale mimo wszystko obecny problem ze stabilnością We-Vibe. Kończy się więc na tym, że tak jak każdą zabawkę, tak i We-Vibe muszę jednak kontrolować ręcznie.

Pierwsze razy nie zachwycały, miałam już lepsze gadżety. Jednak urok We-Vibe tkwi w uniwersalności, przyzwyczajeniu się do niego i oczywiście znajomości własnego ciała. Wibratora można używać niekoniecznie tak, jak pokazano na obrazku i nie ma do tego przeciwskazać dopóki nie wygina się za mocno części łączącej oba człony. Można więc eksperymentować i korzystać z niego tak, by czerpać najwięcej przyjemności.

Po kilku razach poznałam We-Vibe na tyle, że zaczęłam czerpać z niego więcej radości. Jednoczesna stymulacja tzw. punktu G oraz łechtaczki to przecież najlepszy sposób, choćby podczas stosunku, żeby osiągnąć orgazm. Sprawdza się!






Zadziwiająco szybko psychicznie przyzwyczaiłam się do tego wibratora. Uwielbiam takie konstrukcje - minimalistyczne, eleganckie i proste, które niekoniecznie krzyczą “służę do seksu!” jak wiele innych wibratorów. We-Vibe nie odstrasza, nie onieśmiela i nawet niedoświadczeni w zabawkach erotycznych użytkownicy powinni się do niego szybko przyzwyczaić.

Siła wibracji jest wysatrczająca, choć poziom 10 - maksymalny - fanom mocniejszych wrażeń może pozostawić niedosyt. Jednak 10 stopni mocy i 10 trybów to genialne rozwiązanie, bo umożliwia stopniowanie doświadczeń, do czego zachęca też całkiem wytrzymała bateria. 2-3 godziny intensywnego zmieniania trybów i mocy to minimum We-Vibe.

Doskonale rozumiem, dlaczego We-Vibe reklamowany jest jako wibrator dla par, chociaż całkiem dobrze sprawdza się przy zabawie w pojedynkę. Przeznaczenie dla par to wyróżnik, poza tym gdyby zaprojektowano go do zabaw solo, We-Vibe miałby z pewnością szerszą część dopochwową.

Zanim jednak użyłam We-Vibe z partnerem przetestowałam coś innego, coś co bardzo intrygowało mnie ze względu na erę mobilności, wirtualnego seksu i smartfonów.

Chodzi o tryb zdalnego sterowania. We-Vibe można kontrolować także na odległość - wysyła się partnerowi specjalnego linka z aplikacji, partner pobiera swoją aplikację na smartfona i może kontrolować tryby i wibracje. Za każdym razem jednak użytkownikowi z wibratorem wyświetla się powiadomienie, że partner chce przejąć kontrolę nad urządzeniem, co jest bardzo, bardzo sensownym rozwiązaniem.

Osoby, które nigdy nie uprawiały seksu przez internet mogą jednak poczuć się przytłoczone parowaniem aplikacji i samym używaniem wibratora w ten sposób. Umówmy się - samo złożenie propozycji nie jest bardzo romantyczne. “Przejmiesz kontrolę nad moim wibratorem?” może trochę zbić z tropu:)  A potem trzeba jeszcze wytłumaczyć, jak działa We-Vibe i koniecznie - koniecznie! - poinformować partnera, co się lubi, jak odczuwa się dane wibracje. Dlatego tak ważne jest poznanie wibratora solo i swobodna, naturalna relacja.

Jednak gdy przeskoczy się te przeszkody, gdy opowie się o We-Vibe, to reszta należy do wyobraźni. Niektórzy lubią wideoseks, inni wolą bardziej tradycyjny seks w trybie tekstowym (jestem fanką) i zwłaszcza przy tym drugim polecam informowanie partnera o wrażeniach z jego przejęcia kontroli nad We-Vibe na żywo.

Partner przyznał, że to ciekawe przeżycie i sama myśl, że zdalnie przejął kontrolę, że ma tak namacalny wpływ na odczuwany poziom przyjemności jest bardzo podniecająca. A po pierwszym razie każdy następny robi się bardziej naturalny i komfortowy.

Stałam się fanką zdalnie sterowanych zabawek erotycznych! Bo ta myśl, odczucie i niepewność co partner zrobi za chwilę jest wspaniała.

Największy minus We-Vibe, o dziwo, to dla mnie… używanie urządzenia w parze. Wspomniana wyżej nie do końca pełna kompatybilność anatomiczna sprawia, że wibrator podczas stosunku nie jest tak stabilny, jakbym tego chciała. Słowem potrafi wypaść. A to jest nie tylko mało komfortowe, ale odbiera część przyjemności - zamiast cieszyć się seksem próbowaliśmy uprawiać go tak, żeby wibrator nie wypadł!

Mimo tego, że dolna część jest naprawdę niewielkich rozmiarów, to przeszkadzała partnerowi i zawadzała. Stwierdził, że wibracje są mało odczuwalne, nawet przy największej mocy, za to wrażenie i odczucie, że coś tam zawadza bardzo go rozpraszało.

Będę jeszcze próbować, jednak dla nas sens istnienia We-Vibe okazał się lekkim bezsensem, jak wszystkie pierścienie i inne wymysły. Sama też specjalnie nie odebrałam We-Vibe pozytywnie w parze, wszystko było zbyt niestabilne.

Dziwnie to zabrzmi, ale wydaje mi się, że wibrator sprawdziłby się lepiej podczas stosunku, gdyby… partner miał mniejszego penisa. Prawdopodobnie nie zawadzałby o wibrator, nie przesuwałby się też tak mocno.

Okazało się więc, że We-Vibe jest zabawką bardziej dla mnie niż dla nas, mimo wszystko nie żałuję zakupu. Połączenie ciekawej, dosyć innowacyjnej zabawki ze smartfonem jest wspaniałe, do tego wykonanie nadaje całości smaczku. Możliwość umycia wibratora pod bieżącą wodą, magnetyczne ładowanie, satynowa elegancka torebka na całość i nawet rejestrowanie wibratora przy pierwszym włączeniu aplikacji dają poczucie, że posiada się przedmiot klasy premium. I to taki, który potrafi dać niesamowitą przyjemność, z którym zrasta się coraz bliżej po każdym użyciu.

Anegdota ze wstępu jest prawdziwa. Wciąż nie wiem, co o tym sądzić, jeszcze nigdy nie zawiesił mi się wibrator.¯\_(ツ)_/¯

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Penis jako narzędzie do bezpośredniej komunikacji z kobietą

Polska, rok 2015. Niemal 50 lat po rewolucji seksualnej w krajach zachodnich, społeczeństwo informacyjne, globalizacja, pornografia w zasięgu kciuka. Na jednym z czołowych blogów technologicznych w Polsce pojawia się informacja o powstaniu niemal całkiem polskiego pierścienia na penisa z wibratorem oraz czujnikami. 

Pierścień mierzy i bada aktywność, sprawia przyjemność i ma analizować dane by dawać parom rady jak ulepszyć zbliżenia.
Autor twierdzi, że ma dużo zrozumienia dla gadżetów erotycznych, jednocześnie przyznaje, że jest lekko zszokowany.

"Co mamy teraz? Ano wearable zakładane na to, co służy nam do bardzo bezpośredniej i celowej komunikacji z kobietami. Tak właśnie. Dobrze myślisz, Drogi Czytelniku."

Autor przyznaje, że najlepiej komunikować mu się z kobietami za pomocą penisa. Penis - to nie jest straszne słowo, ale dorosły autor trochę się go boi. Mimo, że uważa, iż to penisem właśnie a nie innymi sposobami komunikuje się bezpośrednio z kobietami.

Autor pyta po co taki gadżet, po czym stwierdza, że gadżetów z podobnymi funkcjami jest sporo. Google mówi, że nie ma wcale. Moje zainteresowanie tematem które skutkuje obserwowaniem nowości na rynku gadżetów erotycznych mówi, że nie ma. Autor, który boi się słowa "penis" wie jednak lepiej.

"Lovely, bo tak nazywa się gadżet jest zakładany tam, gdzie trzeba go założyć i rozmawia z naszym smartfonem. O czym? Ano o tym, w jaki sposób jesteśmy podobni m. in. do Berlusconiego, czy też Janusza Korwina-Mikkego."

Autor myśląc o seksie i stosunku myśli o tym, jak porównać się z Berlusconim czy Krulem. Innego wytłumaczenia dla tego fragmentu nie ma, bo twórcy Lovely nigdzie nie stwierdzili, że gadżet pozwoli na porównywanie danych z innymi użytkownikami, tym bardziej z politykami.

Autor boi się też określenia "stosunek" czy "seks" - notorycznie, oprócz nadużywania "ano", określa stosunek "robotą" albo "ćwiczeniami". Zaczynam zastanawiać się, czy autor przeszedł już proces dojrzewania. Autor dalej nie potrafi ogarnąć umysłem celowości powstania takiego gadżetu, choć wypisuje funkcje, co jasno wskazuje na jego celowość.

Podejrzewam, że edukacja seksualna autora sprowadzała się do katecheki uczącej kalendarzyka na WDŻ-cie i grożącej piekłem za seks przedmałżeński czy masturbację.

Autor stwierdza, że przez chwilę będzie poważny,  co wskazuje że wcześniej nie był.

"Nie mogłem powstrzymać śmiechu, gdy czytałem o tym urządzeniu na IndieGoGo. Takie wearable są potrzebne? To zależy od tego, czego ludzie potrzebują, prawda? Na moje oko jest to kolejna nieco głupia akcja crowdfundingowa, która zostanie poniesiona tym, że skoro jest dziwna, to napiszą o niej media, a producenci zgarną pieniądze. Serio trzeba aż tak mierzyć aktywność seksualną? Tego potrzebują konsumenci? Raczej nie. Stąd też „Lovely” umieszczamy w kategorii „śmiesznych i nie do końca potrzebnych” gadżetów."

Autor obok lekkiego szoku dostał także napadu śmiechu. Dziwne reakcje. Stwierdza, że całość to skok na pieniądze, a sama akcja jest głupia. I że konsumenci nie potrzebują takiego gadżetu.

Autorowi całkiem obcy jest świat satysfakcji z pożycia seksualnego, chęci dbania o nie i ulepszania, wzajemnej przyjemności i ciekawości. Nie dziwi mnie to, bo z takim strachem przed słowami opisującymi część ciała którą sam posiada czy zbliżenie intymne, w którym sam został poczęty nie powinien nawet zabierać się o dbanie o życie seksualne.

Jeśli jednak komuś penis służy do komunikacji z kobietą, to może nie powinien pisać o gadżetach erotycznych tylko iść na jakiś kurs edukacji seksualnej.

I nie. Nie bronię Lovely, chociaż napisałam o nim tekst który pójdzie może jutro. Mam jednak dosyć pisania o seksie w głupkowaty, szczeniacki sposób. Bo ta pisanina jest o wiele bardziej głupkowata niż akcja na IndieGoGo.

PENIS


wtorek, 12 maja 2015

Tej branży w tech nie traktuje się poważnie. A szkoda

O tym się za bardzo nie pisze na blogach technologicznych, a jeśli już to w lekkiej, żartobliwej formie ciekawostki. Bo przecież w męskim świecie nowoczesne seks zabawki budzą raczej podniesienie brwi, chociaż i to się już na szczęście zmienia. I dobrze, bo to rynek, który nie dość, że wprowadza innowacje czasem na ogromną skalę, to jest mocno przez media niedoceniany.
Ostatnio chciałam znaleźć opinie o pewnej zabawce. Jest o tyle ciekawa, że w 2008 roku odmieniła krajobraz wibratorów, w 2009 dodano ją do giftbagów na gali Oscarów, a w zeszłym roku zyskała połączenie ze smartfonem przez Bluetooth i możliwość zdalnej kontroli przez aplikację. Mówię o We-Vibe, wibratorze dla par. W sieci niemal nie mogę znaleźć rzetelnych recenzji i opinii, to, co się wyświetla to albo materiały reklamowe albo anonimowe wpisy, co do prawdziwości których mam sporo wątpliwości.



Tak to niestety jest z tym rynkiem. Chociaż kupujemy seks akcesoria i światowy rynek wart jest - zależnie od analiz, bo niestety nawet te są często trywializowane - od 16 nawet do 65 miliardów dolarów rocznie, to ciężko nam o tym mówić głośno, pod swoim imieniem i nazwiskiem. Temat traktowany jest jak tabu, choć nawet w Polsce rynek się rozwija i wart jest kilkanaście milionów złotych. Szacunkowo. Bo dokładnych danych brak.


Jak traktujemy nowinki technologiczne w seks gadżetach niech świadczy te kilka cytatów z jednego tekstu o wibratorze połączonym ze stymulatorem, kontrolowanym za pomocą aplikacji mobilnej. Autor wygina się jak może by unikać słowa “łechtaczka”, “pochwa” czy “punkt g”.

Pojęcie cyber seksu jest już znane od ponad dekady, kiedy to kamerki internetowe ułatwiły komunikację. Wcześniej przez telefon, a obecnie po prostu przez sieć. Taka bezkontaktowa forma „baraszkowania” na odległość. (...)G.vibe jest kolejną propozycją, gdzie rozwiązań jest wciąż niewiele. To nisza, ale pewnie niedługo… Sprzęcik przeznaczony dla kobiet. To nic innego jak wibrujący moduł do umieszczenia tam gdzie trzeba. (...)Na koniec kilka danych technicznych: kształt jaki jest każdy widzi ;) – myślę, że nie muszę tutaj pisać co i jak.“

Autor uwielbia zdrabniać, baraszkowanie, sprzęcik. No i umieszcza się go tam, gdzie trzeba. W nosie? W uchu? Co i jak każdy widzi, chociaż tak naprawdę dla każdego mniej obytego z zabawkami erotycznymi czy nawet z anatomią (a takich osób jest przerażająco dużo) nic nie jest wcale oczywiste. I po co ta emotikonka? Wiadomo - coś związane z seksem, trzeba pożartować!

My tu wciąż żartobliwie i z lekkim wstydem, tymczasem gadżety erotyczne wkroczyły w XXI wiek i to dosyć mocno. Na rynku dostępne jest coraz więcej rozwiązań wykorzystujących komunikację ze smartfonami - dzięki temu można kontrolować naładowanie baterii, tryby i moc wibracji, ale także sterować wibratorami czy stymulatorami zdalnie, samemu lub przez partnera.

We-Vibe, OhMiBod, Vibease, G.Vibe i dziesiątki innych gadżetów, takich jak kulki gejszy, potrafią porozumiewać się z aplikacjami na smartfonie i być kontrolowane zdalnie. Niektóre reagują na dźwięki i do nich dostosowują wibracje, inne dają możliwość układania “playlist”, niektóre połączone są z dodatkowymi funkcjami czatu czy erotycznych audiobooków, które dostarczają dodatkowych wrażeń.


Większość wykonana jest z wysokiej jakości medycznego silikonu, niektóre dla zapewnienia wygody i bezpieczeństwa mają na dodatek wygodne, bezproblemowe ładowanie magnetyczne w stacjach dokujących.

Branża gadżetów erotycznych stawia też na innowacje - pojawiają się całkiem nowe zabawki, takie jak pulsatory, czy nowe rodzaje anatomicznie dopasowanych stymulatorów łechtaczek do używania w parach, jak Eva. Crowdfunding wydaje się być kluczowy dla branży.

Od Vibease, przez OhMiBod po Evę właśnie - Kickstarter czy Indiegogo okazały się miejscem, w którym firmy chcące produkować seks gadżety zbierają pierwszy “feedback” i pieniądze potrzebne na rozkręcenie biznesu. Mnóstwo ze zbiórek jest udana, osiąga nawet kilkaset procent zakładanego celu. A to oznacza tylko jedno - chcemy takich gadżetów. Chcemy nowości, które służą osiąganiu fizycznej przyjemności, jesteśmy coraz bardziej otwarci na próbowanie zabaw solo czy w parze, a sam rynek potrzebuje powiewu świeżości.


Dlatego nie do końca rozumiem opór przed uznaniem gadżetów erotycznych za równe innym gadżetom urządzenia. Tym bardziej, że można spierać się o realną przydatność takich wibratorów a na przykład inteligentnych zegarków. Żyjemy w świecie, w którym kilkadziesiąt procent kobiet nie doświadcza prawie żadnej fizycznej przyjemności z seksu, a większość twierdzi, że nie potrafi osiągnąć orgazmu bez stymulacji łechtaczki. W świecie, w którym kobieta jest seksualizowana do granic możliwości - tzw. “szczucie cycem” to praktyka codzienna, a w którym jednocześnie orgazm i satysfakcja z życia seksualnego jest wciąż wstydliwa. Te same kobiety, które wyginają się na billboardach na reklamach nowych zupek chińskich odziane w kuse szorty i staniki wciąż pytają, czy przesyłka ze sklepu dla dorosłych przyjdzie dyskretnie opakowana, bo jest to temat tabu.

Jest coraz lepiej, bo nawet w sieciach drogeryjnych od kilku lat w stałym asortymencie pojawiają się wibratory Dureksa czy nakładki wibracyjne. Czyli jakiś popyt jest, jest też coraz większa akceptacja.

Jednak szukając opinii o interesującym mnie gadżecie wciąż trafiam albo na materiały reklamowe, albo ewentualnie na blogi pisane przez anonimowych, przyjmujących ksywki niczym z filmów pornograficznych z lat 70 osobników, o których wiarygodności nic nie wiem.

A potem czytam newsy obiegające świat o wibratorze stworzonym z inspiracji pewną wdową. Wibratorze, w środku którego można umieścić prochy zmarłej osoby. I przestaję dziwić się, że traktujemy tę branżę z przymrużeniem oka.

środa, 29 kwietnia 2015

Lincz śniadaniowy

Młody Chajzer znowu atakuje, wespół z TVN-em i nawet Prokopem nazywającym Witkowskiego głupkiem. Dzisiaj przewija mi się to przez social media, jakby to było istotne. Młody Chajzer poszedł do centrum Warszawy pokazywać młodym ludziom symbol SS i dziwił się, że młodzi ludzie w większości nie znają takiego symbolu. Wniosek z materiału - młodzi ludzie są głupimi ignorantami, wiocha normalnie. Trochę wiocha, bo okazuje się, że nasza edukacja nie potrafi przedstawić nowoczesnej historii, historii drugiej wojny światowej i nazizmu w sposób, który zostanie w głowie na więcej, niż sprawdzian. Jednak brzydzi mnie, jak to zrobiono, jak jednoznacznie podsumowano problem.

Otóż przykro mi, ale akurat TVN powinien trochę powstrzymać się z ocenianiem ludzi i ich ignorancji, bo sam odegrał niemałą rolę w siekaniu mózgów i tworzeniu wizji cukierkowo-blogerowo-ignoranckiego świata pełnego big brotherów i gwiazdek, świata w którym najważniejsze są ratingi programów o niczym, prodżektów ranałej, kuchennych rzygolucji, małych gigantów wykorzystujących dzieci w sposób, którego nie życzyłabym dorosłym, jukandensów, mężów czy nie mężów i innych perfekcyjnych pań domu u których na twarzy maluje się obrzydzenie na widok tego, jak żyją przeciętni Polacy (posiłkowałam się stroną TVN-u, same gówna, nic, co ma jakąkolwiek wartość edukacyjną czy choćby emocjonalną wyższą niż plastikowy talent show). Świat TVN-u, nawet ten informacyjny, to świat oderwany od rzeczywistości i problemów.

Z takiej perspektywy łatwo jest oceniać ludzi, którzy wychowali się gapiąc się w ekran, na taki TVN i tefałenowo podobne twory. Łatwo wytknąć palcem z przekazem "głupi ludzie". To się ogląda. Problem w tym, że to owi "głupi ludzie" stanowią większą część widzów stacji.

 Przypomina mi się pewna sytuacja z liceum. Stałam z koleżanką na fajce, planowałyśmy wyprawę do Auschwitz, do muzeum. Dołączyła jej koleżanka - taka, która jak usłyszała że ludzi bez lub z delikatnym makijażem na egzaminach traktuje się poważniej przyszła do szkoły raz bez makijażu i prawie nikt jej nie poznał - i gdy usłyszała o czym rozmawiamy zapytała z pełną powagą i przerażeniem w oczach, czy będziemy bezpieczne w tym Oświęcimiu i czy to zabijanie i mordowanie już się tam nie odbywa. Tuż po przerabianiu w szkole materiałów na te tematy. Dziś owa koleżanka jest kosmetyczką, ma męża, bodajże dziecko, zarabia sporo za granicą i poziom jej satysfakcji z życia jest pewnie kilka razy wyższy, niż mój. I nie martwić się o przyszłość ludzkości.

Może i nie ma pojęcia, co to SS, może nawet i powinna mieć, ale jej to niepotrzebne. Kimże jestem ja, by oceniać ją przez pryzmat wiedzy, kimże jest Chajzer czy Prokop, by nazywać ją głupią. Tym bardziej, że gdyby trzeba było, mogłabym się spierać co do przydatności poszczególnych dla społeczeństwa.

sobota, 7 marca 2015

8 marca

8 marca 2010 roku zapamiętam chyba do końca życia. Chociaż moja pamięć jest bardzo słaba i nie potrafię przywołać wielu innych momentów, często tych bardzo ważnych, 8 marca w mojej głowie jest wciąż ostry jak brzytwa. 8 marca 2010 roku zmarł mój tata. Dopiero 5 lat później zdaję sobie sprawę, że śmierć jest dla pozostawionych okazją do bycia egoistycznym. Ba, wymaga wręcz myślenia o sobie, bo przecież ci, którzy odeszli nie istnieją już nigdzie prócz pamięci pozostawionych.
Kilka razy próbowałam. Nieśmiało wspominałam o moim tacie, o śmierci, ale przeważnie tylko o nim - o tym, jaki był za życia, że mi go brakuje. Ten dzień, 8 marca, pozostawał zawsze dla nie. Poczucie winy, nawet jeśli irracjonalne, napędza się śmiercią bliskich, bo wtedy człowiek jest najwrażliwszy i odsłonięty.
Moje poczucie winy mówi mi, że nie było mnie przy tacie, gdy umierał. Nie dość, że w pracy nie odbierałam telefonu gdy dostał wylewu i przyjechałam z Wrocławia dopiero na koniec dnia, to po tygodniu odwiedzin w szpitalu, odwiedzin człowieka, który w śpiączce nie przypominał mojego taty, po tygodniu strachu, ciszy i cichej nadziei że kolejne operacje, kolejne szpitale pomogą dałam namówić się mamie na powrót do miasta, do pracy. Wróć do pracy i znajomych, nic tu po tobie, wróć do życia, tak mi mówiła. W końcu jej się udało.
Dzień później wybrałam się po pracy ze znajomą i przyjacielem do knajpy. Dzień kobiet, odciągali moje myśli, próbowali. Pożegnanie i telefon. W słuchawce moja babcia. “Już nie cierpi, już koniec”. Pamiętam, że po sekundzie milczenia padłam na kolana w przejściu podziemnych, wśród tłumu ludzi, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Chyba zawyłam. Pamiętam każdy szczegół tego, co stało się później. Telefony, noc spędzona na kanapie u przyjaciela, ta niezręczność i “przykro mi”, wyczerpanie płaczem, milion myśli i strach. Niesamowity strach, co będzie później. Świadomość, że jeszcze tego nie czuję, ale to przyjdzie, tęsknota nie do opisania, zmiany w całym życiu. Nagłe usunięcie gruntu spod nóg, upadek złudzenia, że tato jest zawsze, że będzie jeszcze przynajmniej przez jakieś 20 lat.
Pamiętam przygotowania do pogrzebu, sam pogrzeb. Pierwszy raz ja jako ta silna, która musi wspierać mamę, ogarniać. I pragnienie, by był ktoś bliski tylko dla mnie. Pragnienie seksu, chyba by tylko oderwać myśli. Ulgę, że przyjechał przyjaciel. Dla mnie. On rozumiał. Sam przeszedł to dwa lata wcześniej. Rozumiał. Zimno. Mnóstwo, mnóstwo ludzi. Smutek, bo ci ludzie z różnych stron kraju i świata tylko świadczyli, że mój tato był dobrym, kochanym człowiekiem, który odszedł za wcześnie.
Pamiętam poczucie winy. Jedno, że moje myśli są takie samolubne, że przecież zmarł mój tato a ja myślę tylko o sobie. Jak mi go będzie brakować, że ci ludzie składający kondolencje powinni zniknąć i zostawić mnie w spokoju bo i tak nie wiedzą, że jak jak ja poradzę sobie bez taty. Nikt mi wtedy nie powiedział, że trzeba być samolubnym, że to konieczne by wrócić do jako takiej normalności.
Drugie poczucie winy dopiero kiełkowało. Nie było mnie przy nim w ostatnich chwilach. Gdy mój tata umierał z tymi cholernymi rurkami, ja pewnie w tym momencie siedziałam ze znajomymi przy kolacji i piwie. To poczucie winy prześladuje mnie do dziś.
I nie wiem, czy to kumulacja win i mojego introwertyzmu czy jeszcze czegoś innego, ale od tamtego czasu, mimo ogromnej chęci, nigdy nie wyrzuciłam tego z siebie. Wróciłam do pracy i nie reagowałam na wszystkie “przykro mi”, zerwałam wiele kontaktów, chociaż bolało nowo poznanym osobom nie wspominałam o świeżej ranie. Traktowałam to jak sekret, do którego dopuszczam nielicznych i i tak potem uciekam. Raz jeden rozkleiłam się przy przyjacielu-współlokatorze, pijana, i to było takie dobre - oczyszczające przytulenie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej. Nie mam prawa.
5 lat zajęło mi zrozumienie, że po śmierci bliskiej osoby nie pozostaje nam nic innego, jak być samolubnym. Bliskiego już nie ma - nie obchodzi go doczesność. Nie obchodzi go jak tęsknimy. Jedyne co zostaje to pamięć o nim i bolesny brak. Ale tym razem to my zostaliśmy - my musimy iść dalej. Bez bufora, bez wyrzucenia na zewnątrz bólu i wściekłości, bez pozwolenia sobie na chwilę głośnego cierpienia, które może i narzuci się innym ale co z tego, będziemy cierpieć skrycie. Dłużej.
Kiedyś i ja odejdę. Być może zostawię kogoś bliskiego. Chcę, by ten ktoś był wtedy samolubny do granic możliwości. Wściekał się na mnie, płakał, otworzył się przed kimś. Dzięki temu ze stanu bolesnego opętania szybciej przejdzie do nieustannego, ale już nie tak dominującego stanu tęsknoty. Chcę, żeby opowiedział komuś jak się czuł, co robił i jak zareagował. O sobie. O tym, jak bardzo brakuje. To pomaga.
Chcę, żebyśmy pozbyli się poczucia winy i potrafili o śmierci mówić szczerze i głośno. Żeby nie była tabu i konwenansem. Bo w głowie pojawia się wtedy tak dużo, tak dużo potem wraca i podświadomie definiuje w którą stronę i jak idziemy dalej, że im szybciej i głośniej nauczymy się o tym mówić i pozbędziemy się najważniejszych rzeczy, tym lepiej dla przyszłości.


I żebyśmy wiedzieli, że taka samolubność nie oznacza, że nie kochaliśmy. Czasem po prostu nie da się już nic więcej zrobić. Czasem pozostaje tylko otworzyć się i być przez chwilę wrażliwym. Myśleć tylko o sobie.

czwartek, 5 lutego 2015

Odcienie

Scena 1
W jakimś żółtym dresie na tym zimnie,  uśmiechnięta przeprasza i pyta czy nie przeszkadza w czymś ważnym. Floody na Twitterze nie są ważne,  uśmiecham się do niej. Mówi, że jest bezdomniaczką - że jest ich kilku takich bezdomniaków. Nie. Nie jest nietrzeźwa,  wręcz odwrotnie - bardziej trzeźwej i sensownie do mnie mówiącej osoby nie spotkałam od co najmniej kilku,  jak nie kilkunastu godzin.
Gdy mówi,  zaczynam zastanawiać się czy wstawać i iść kupić jej coś do jedzenia i dostrzegam, że z torby którą trzyma pod ramieniem wystaje głowa. Żywa.
Pytam. Głaszczę czarną głowę z mądrymi ślepkami, która okazuje się głową ośmiotygodniowej suni.
Słyszę, że razem z bezdomniakami znaleźli ją niecałe dwa tygodnie temu w śmietniku. Zawiniętą w jakiś worek, wyrzuconą jak śmieć. Pojechałaby na wysypisko.
Zawsze to na mnie działa.  Rozmawiamy,  rozmawiamy o psach,  bezdomniaczka mówi,  że zebrali w zeszłym tygodniu na weterynarza - 80 zł za szczepienia dla małej, drogo no ale trzeba przecież.
Pytam, jak sobie radzą.  Mówi,  że zajęli jakiś pustostan,  mają nawet jakiś piec i naprawdę nie jest źle. I że ludzie bywają dobrzy - na to odchyla torbę w której śpi sunia i pokazuje,  że piesek ubrany jest w.. kurteczkę.  Słyszę,  że jakaś pani dała specjalnie dla niej.
Jakoś widzę w jej oczach, że sunia będzie szczęśliwym psem bezdomniaków. I że chyba nie ma co się martwić. Kończymy podejściem do spożywczaka.  Jakaś taka podbudowana jestem. Dawno nie spotkałam tak trzeźwej umysłowo osoby, może dlatego że wszyscy trzeźwo myślący wypadają z obiegu? Ona znowu przeprasza, jeśli przeszkodziła. Uśmiecha się uśmiechem najmocniej po ziemi stąpającego człowieka ever. Wiem, że wie kiedy uciekać ale wciąż wierzy w ludzi i przez chwilę chcę być jak ona, nawet jeśli to znaczy zostanie bezdomniakiem.
Scena 2

Nocny autobus zatrzymuje się w międzymieście.  Budzę się,  patrzę na wchodzących ludzi. Nagle pojawia się on - w głowie od razu pojawia mi się "dziad borowy". Z brodą,  brudny, kurczowo trzymający się reklamówki,  jakby ta miała mu zaraz uciec. 
Oh shit. Siada niedaleko. Ten smród,  ten najgorszy smród jaki w życiu czułam dociera dopiero po chwili. Mija kilka sekund, a ja już przeprowadziłam bogaty dialog sama ze sobą, w mojej głowie. Nie. Niefajnie, niefajnie dyskryminować, facet śmierdzi czym, czego jeszcze u bezdomnych nie czułam,  rozumiem że bezdomny ale inni potrafią utrzymać smród jako tako na wodzy. Nie.
Po 3 sekundach już zbieram swoje graty i chcę uciekać, nie patrzę, chcę wymiotować i już czuję jak mój wcześniejszy wybryk kulinarny popity piwem, piwem które wietrzeje ze mnie właśnie teraz, jak ten wybryk podchodzi mi do gardła.
Nie patrzę. I już gdy się podnoszę podchodzi pan z obsługi. Staje obok, widzę w jego niemiłej twarzy szybki kaprys obrzydzenia, ułamek sekundy ale go widzę. Mówi twardo - człowieku,  wyjdź. Człowiek nic. Pan z obsługi ma kolejny moment wahania - wiem, że teraz przez głowę przemknęła mu wizja wyciągania dziada bojowego siłą, dotykania go.
Zakrywam swój nos, czuję jakieś upokorzenie, nie mam pojęcia dlaczego. "Wyjdź stąd". Człowiek odpowiada coś szybko, dziwnym głosem jak wstydliwy uczniak złapany na gapieniu się na świerszczyki, że czeka na brata. "Wyjdź".
Zrobiłam źle.  Zerknęłam, nie wytrzymałam. Dziad jedną dłonią trzyma się torby,  drugą rytmicznie grzebie sobie w sztywnych od brudu spodniach.
Teraz mam ochotę krzyczeć.
Jestem winna popatrzenia.
Dziad wychodzi ale smród i obrzydzenie zostaje. Mam wrażenie,  że wszystko zrobiło się lepke i ohydne. Nigdy więcej nie chcę już myśleć o seksie!  To ohydne! Pal licho moje postanowienie wstrzymania się na jakiś czas, NIGDY WIĘCEJ.
Widzę przez okno,  jak dziad borowy stoi i zagląda do śmietnika dalej grzebiąc w spodniach. Uciekam wzrokiem. Przecież to zbyt ohydne.
Mimo, że wiem, że to człowiek potrzebujący pomocy i leczenia. Zapomniany przez wszystkich. Jestem pierdoloną hipokrytką I wstyd mi za siebie.
Wciąż chce mi się wymiotować, czuję ścisk w gardle.
Na miejsce w którym siedział dziad borowy nagle siada jakaś parka. Za późno. Poza tym tak czy siak.

niedziela, 18 stycznia 2015

Na kandydaturę pani Ogórek wypadałoby teraz spuścić zasłonę milczenia

Ok. Bzdury. Zgadzam się tylko z tym, że trzeba pozbyć się umów śmieciowych, tylko trzeba robić to rozsądnie i stopniowo, a nie jednym cięciem. Sądząc z zapału pani "kościół ma pozytywny wpływ na Polskę" Ogórek, najchętniej zrobiłaby to już teraz, zaraz, nieprzemyślanie i tak, żeby obciążyć najmnocniej małe biznesy. Można też tak wnioskować po tym: – Chcę stworzyć system poręczeń i ubezpieczeń, by znieść jakąkolwiek karalność wykroczeń gospodarczych przez pierwsze dwa lata działalności gospodarczej dla osób poniżej 25. roku życia. Nauczmy młodzież ryzykować, bo młodzież na Zachodzie ryzykuje i rozwija się – powiedziała.

TAAAAK. Już widzę tę młodzież, zapaloną do kombinowania, podstawianą na słupa. Po chuj uczyć odpowiedzialności, skoro można uczyć ryzyka? PRZECIEŻ WIADOMO, ŻE KAŻDY CHCE BYĆ KOLEJNYM MARKIEM ZUCKERBERGIEM! Zróbmy se w Polsce Krzemowo-cebulową dolinę znosząc odpowiedzialność dla młodych ludzi.

Pani Ogórek nie potrafi dobrze łączyć faktów. Dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele. Niby widzi konkretne problemy, ale ni cholery nie ma pojęcia, z której strony się za nie zabrać.

Na przykład walka z kiepską sytuacją pracowników w Polsce przez pomoc dla biznesu. Fajnie. Tylko, że pomoc dla biznesu bez stymulowania zatrudnienia i dobrej polityki inwestowania w pracownika,b w Polsce poskutkuje tylko jeszcze większym wykorzystywaniem i tak już wypranego mózgowo pracownika. Tego samego, który nie chce walczyć o swoje, krzyczy, że nie potrzebuje składek zdrowotnych, w internecie chwali dziki kapitalizm i nienawidzi każdego, kto ma czelność szepnąć, że może coś mu się należy, jakaś ochrona, że może ma jakieś prawa? Nic to - dajmy więcej ulg biznesowi, biznes zadba o pracownika!

Nie wiem, jak ma się emigracja do faktu, że trzeba obniżyć podatki, tak żeby pracodawcom nie opłacało się zatrudniać na czarno, a jednocześnie pozbyć się umów śmieciowych i - o ironio - zadbać o to, by pomagać młodym na rynku kredytowym i mieszkaniowym. Trochę się to wyklucza, nie? Obniży się podatki, ale zwiększy pomoc? A kasę weźmie się z, za przeproszeniem, dupy? Albo opodatkuje się mocniej wszystkich zwiększając VAT czy akcyzy? No chyba, że pani Ogórek chce, żeby zamiast na umowę o dzieło rosła liczba "zatrudnianych" na własną działalność. Bo tak skończy się obniżanie podatków dla pracodawców i pomaganie w zakładaniu działalności bez ryzyka. A kasę trzeba będzie skądś wziąć.

Owszem. Mamy skomplikowany system prawny, w wielu miejscach poważnie utrudniający życie przeciętnych i najmniej zamożnych obywateli. To prawda, że trzeba byłoby pomyśleć, jak to usprawnić, ale może zamiast "pisać prawo od nowa" spróbować dać przykład w jakiejś konkretnej działce? Na przykład usprawnić cały system pomocy społecznej, który wraz z walką z bezrobociem i przeznaczaniem środków na rzeczy z dupy zamiast kierowania ich tak, by stymulować rynek i faktycznie pomagać służy wtapianiu i tak małych środków "państwa dobrobytu" w miejsca, gdzie nie działają?

Gwardia Narodowa? Buahahah.

Wstyd, że zdechła polska pseudolewica wystawia taką kandydatkę, że PiS - z czysto społecznego punktu widzenia - jest bardziej lewicowy w kwestii gospodarki i pomysłu na przyszłość, niż lewica per se.

Kandydatka na prezydenta SLD nie ma pomysłu na nic, nie potrafi dobrze zdiagnozować żadnego problemu, zaproponować rozwiązań, które mają jakąkolwiek szansę na działanie.  Wstyd, że i tak media będą ją promować, bo to, co wypadałoby teraz zrobić, to spuścić zasłonę milczenia i udawać, że pani Ogórek jako kandydatka na prezydenta nie istnieje.

http://www.tvp.info/18489461/ogorek-pomysl-na-polske-obnizyc-podatki-utworzyc-armie-ochotnicza-i-napisac-prawo-od-nowa

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,17273809,Magdalena_Ogorek_postuluje_powolanie_gwardii_narodowej_.html#Czolka3Img

czwartek, 15 stycznia 2015

Religie pokoju, religie nienawiści?

Wiem, że to niepopularna opinia, że nie wypada dziś jej wyrażać. Nie nienawidzę muzułmanów - uważam ich tak samo jak każdych ludzi zindoktrynowanych religijnie za ofiary. Nie można jednak twierdzić, że religia nie ma nic wspólnego z konfliktami, przecież ten Palestyna-Izrael ma między innymi korzenie w religii i przekonaniu, że komuś coś się należy, bo bóg tak powiedział i że moja religia jest prawdziwa, a inne nie.

Poza tym o ile oczywiście trzeba odróżnić fundamentalizm i ekstremizm od zwykłych ludzi, którzy chcą być dobrzy, o tyle nie można mówić, że religia nie ma wpływu na to, co się dzieje i na zachowanie.

Z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia religia zaburza zdolność pojmowania faktów (http://www.bbc.com/news/blogs-echochambers-28537149) i stanowi świetną wymówkę oraz uzasadnienie własnych lęków, frustracji i nienawiści. Przykłady? Choćby z naszego podwórka: katotaliban próbujący narzucać swoje stanowisko i blokować wybór innych ludzi. To niedopuszczalne, by wymuszać swoje sumienie na innych ludziach. Wymówka? Religia. Oparcie w księgach sprzed dziesiątek setek lat. W księgach tych można znaleźć uzasadnienie dla wszystkiego, bo są tak nieprecyzyjne i pełne mitów, że w zasadzie każda interpretacja jest słuszna.

Nie. Nie można nienawidzić muzułmanów. Większość z nich to dobrzy ludzie, chcący być dobrzy. Tak samo, jak katolicy. Jednak twierdzenie, że religia nie jest problemem, jest po prostu kłamstwem.

Nie wiem, ile jeszcze będziemy akceptować wymówki oparte na religiach, które stworzone zostały na krwi (islam przecież wywodzi się od kolesia, który był bojownikiem, chciał zagarniać tereny i nie hamował się przed bardzo zręcznymi manipulacjami, jednocześnie w dzisiejszym pojmowaniu był pedofilem. Chrześcijańśtwo nie wywodzi się z brutalności, jednak przez wieki służyło do uzasadniania okrucieństw, okropieństw i tragedii), ile jeszcze będziemy akceptować fakt, że coś, co trwało przy ludziach i służyło im do przelewania krwi dziś wciąż istnieje i z powodu interpretacji nagle stało się co, pokojowe? Pełne miłości? Człowiek nie zmienił się tak bardzo - wciąż ma słonności do interpretacjii i to nie zasługa religii, że nie palimy się dziś na stosie i nie mordujemy za wyznawanie niewłaściwej religii. To zasługa ewolucji moralności, całkowicie niezależnej - ba, często hamowanej przez religie- od religii.

Jaką mam gwarancję, że za 10, 50 lat religijne teksty z kompletnie innych niż dzisiejsze czasów nie posłużą znowu do tłumaczenia okrucieństw? Żadnej. 

Dlatego właśnie odrzucam każdą religię i dlatego uważam, że lepiej mielibyśmy się bez nich. Nie potrzebujemy starożytnych wersetów, żeby być dobrymi ludźmi. Nie potrzebujemy stałego nadzoru mocy nadprzyrodzonej, by współczuć, by pomagać sobie nawzajem.

A w momencie, gdy ktoś zabija z imieniem boga na ustach lub gdy ktoś chce narzucić mi, jak mam żyć bo tak nakazuje mu jego bóg, staję w opozycji i nie kłamię, że religia to samo dobro, a szaleńcy używający jej do szerzenia nienawiści, przemocy i bigoterii to wyjątki. Niestety nie.

Szaleniec i tak byłby szaleńcem, ale religia tworzy stan, który pogłębia szaleństwo i pomaga pomieszać rzeczywistość z ułudą.